Liceum Sambridge pod patronatem Nikodema Casty
Rozdział 1
Poranne słońce lekko przebijało się przez na wpół przezroczyste białe firanki, a ptaki głośno świergotały budząc mnie jeszcze przed budzikiem.
Bardzo nie chciałem jeszcze wstawać, nie byłem gotowy by przywitać swoje nowe życie, nie miałem pewności, co może się wydarzyć - po prostu się bałem.
Czułem się jakbym miał wtargnąć na siłę do nowej dobrze zgranej już paczki. Nie znałem jeszcze, co prawda tych ludzi, a już byłem uprzedzony, gdy każda z moich przeprowadzek wiązała się z nieprzyjemnymi przeżyciami, które tylko dokładały mi ciężaru. W środku cały pękałem od noży wbitych w plecy, przez tych, którym ufałem. Byłem już tak zepsuty, spaczony, mając zaledwie siedemnaście lat. Cud, że po mimo wszystkich przeciwności ja dalej żyłem, codziennie przechodząc przez piekło, które gotował mi los. Miałem wrażenie, że nikt nie może mnie zrozumieć i pomóc.
Miałem zacząć nowy rok szkolny bez zmartwień i taką też ubrałem maskę, by na samym początku nie pokazywać własnych słabości.
Rozpoczął się drugi semestr, a ja wraz ze zmianą miejsca zamieszkania, zmieniłem i szkołę.
W poprzednich latach spotykałem naprawdę wiele różnych charakterów, jednak zawsze miałem pecha głównie dlatego, że często stawałem się obiektem szydzenia. Nie potrafiąc się odgryźć, czy nawet postawić. Należałem do grona osób nieśmiałych i bezkonfliktowych, co akurat bardzo się nie zmieniło. Zazwyczaj dręczyciele, którzy mnie nękali maskowali w ten sposób własne kompleksy, może właśnie dlatego im na to pozwalałem - sam nie wiem, jednak na samą myśl siedzenia w klasie z takimi niedorozwojami aż ściskało mnie w środku.
Uchylając powieki sięgnąłem po głośno dzwoniący telefon, tym samym wyłączając wkurzający dzwonek, który miał mnie uświadomić, że powinienem już zacząć się zbierać.
Mimo tego dałem sobie jeszcze dwie minuty, by całkiem się rozbudzić, po czym usiadłem odrywając się ze znacznej części pościeli.
Dopiero wówczas dotarło do mnie, że pozostawienie otwartego okna na całą noc było błędem. Dreszcz przebiegł przez moje plecy, więc szybko oddzieliłem kołdrę od koca, zabierając jedynie miękkie puchowe okrycie, którym szczelnie się owinąłem.
Następnie bardzo wolno zwlokłem się z łóżka stawiając nogi na równie chłodnej podłodze.
Przecierając zmęczone oczy złapałem za niewłaściwą klamkę.
Wciąż nie mogłem się przyzwyczaić do tego miejsca i ciągle otwierałem drzwi, które prowadziły jedynie do schowka, gdzie najprawdopodobniej poprzedni właściciel ładował wszystko, co uważał za cenne i nie chciał tego wyrzucić. Musiał być to typowy przedstawiciel zbieraczy, którzy lubią zagracać swoje mieszkania bibelotami.
Odskoczyłem w pierwszej chwili by nie zostać zawalony lawiną przedmiotów , które wyleciały z tego magazynu niczym kula z armaty.
Przekląłem w myślach to wszystko, ponieważ popełniłem ten sam błąd, który zrobiłem wczoraj, tylko w innych okolicznościach.
''Znów będę musiał to posprzątać...'' - Zmarszczyłem brwi w gniewie odwracając się na pięcie i oddalając się od problemu tym razem ciągnąć za dobrą klamkę.
Wychodząc na korytarz wreszcie mogłem zejść na dół do kuchni, gdzie wstawiłem wodę.
Wolno się grzała w starym lekko już przepalonym czajniku, więc nie musiałem śpieszyć się z prędkim uszykowaniem sobie kawy.
Energicznie przebiegłem jeszcze przez wszystkie pokoje na parterze by upewnić się, że jestem tu sam.
Zazwyczaj o tak wczesnej porze w domu nie było już żywej duszy, głównie dlatego, że rodzice mieli bardzo wymagającą prace i zaczynali o godzinę wcześniej niż ja.
Sprawiało to, że mogłem przez chwilę się wyciszyć i rozpocząć swój poranny rytuał.
Zalałem kubek wrzątkiem, kiedy tylko usłyszałem gwizd mówiący o tym, że woda już jest gotowa, po czym odpaliłem papierosa.
Dwa te smaki idealnie się komponowały, po mimo tego, że i jeden i drugi wiązał się z pewnym odczuciem goryczy - tak zwanym kapciem w mordzie. Nie mogłem się od tego odzwyczaić od kiedy poznałem te uczucie, bo samo w sobie było specyficzne, ale i wspaniałe.
Magiczna chwila nie trwała zbyt długo, ponieważ zazwyczaj ściskała mi jelita tak mocno, że musiałem prędko udać się do łazienki.
Siedząc tam całkowicie traciłem poczucie czasu, co skutkowało wzrostem adrenaliny, kiedy tylko dostrzegłem godzinę na zegarku.
Wolałbym wpaść pod ciężarówkę niż się spóźnić, dlatego gwałtownie przyśpieszyłem. Wiele osób powiedziało by mi, że przesadzam, ale ja po prostu nie lubiłem przychodzić po czasie. Nie chciałem być źle odebranym mając na uwadze, że to mój pierwszy dzień w tej placówce.
Szybko sprzątnąłem popielniczkę myjąc ją i odstawiając na miejsce, gdzie uprzednio stała. Zacierałem w ten sposób ślady swojego nagannego zachowania.
Rodzice nie mogli się dowiedzieć o tym, że pale. Niosło by to za sobą zbyt poważne konsekwencje, najpewniej nie wyszedłbym z domu przed osiemnastką.
Uchyliłem wszystkie okna w kuchni i prędko wróciłem do swojego pokoju. Na szczęście nie musiałem się nawet zastanawiać, co na siebie włożę ponieważ wieczorem matka przygotowała mi galową koszule i spodnie w tym samym granatowym kolorze. Komplet ten prezentował się całkiem nie źle, pomijając fakt, że był całkiem obcisły, ale czego się nie robi by pokazać się z tej lepszej strony.
Ostatnimi czasy brakowało mi chwili wytchnienia by porządnie się wyspać, co oddziaływało na mój humor i kondycję. Częściej byłem przygnębiony, czy raczej ugnieciony pod presją wyboru dalszej ścieżki kształcenia.
Wszystkie moje decyzje były podejmowane za mnie, do tego ciągłe zmiany mieszkania odbijały się bokiem na mojej psychice. Stałem na krawędzi tuż obok skrajności, czego naprawdę chcę, co mam, a co powinienem z tym zrobić...
Wszystkie myśli przesypywały się jak piasek przez palce, kiedy to uśmiechałem się nieszczerze do obcych, mając nadzieje, że któryś z nich mi pomoże.
Przecież mógłbym uciec z tego pojebanego domu, ale nie miałem nawet dokąd, nie mając żadnego kontaktu z resztą rodziny, gdyż traktowali nas jak czarne owce.
Brakowało mi ludzi, z którymi mógłbym się podzielić tym odczuciem, więc twardo dusiłem wszystko w sobie.
Odginając kołnierz eleganckiej koszuli chwyciłem telefon, który wygodnie leżał w jeszcze ciepłym kocu.
Wybiła godzina 7:45. Miałem tylko piętnaście minut by dostać się do szkoły.
Mieszkałem teraz zaledwie jedną przecznice od miejsca docelowego, dlatego zaryzykowałem i zacząłem biec, zamiast czekać na autobus, który mógłby podrzucić mnie zaledwie jeden przystanek.
Powietrze skraplało się z powodu zderzenia się ze sobą dwóch różnych temperatur, dlatego mój oddech wręcz parował.
W tym roku zimna była naprawdę mroźna.
Nagle będąc, gdzieś w połowie drogi do szkoły zorientowałem się, że nie mam ze sobą plecaka.
''Co robić?!'' - Jedna myśl głośno wykrzyczała się w głowie, lecz nie miałem czasu na to by się cofnąć.
W tej samej chwili mój telefon odezwał się w kieszeni kurtki dając mi znać, że dostałem wiadomość.
Szanikła: ''Miłego Dnia ;) Odezwij się do mnie jak będziesz miał chwilę.''
Uśmiechnąłem się lekko odczytując treść SMS'a, po czym wznowiłem bieg.
''Przepraszam, ale nie mam czasu ci teraz odpisać.'' - Pomyślałem skupiając się mocno na tym, by nie zaliczyć gleby na śliskiej zmrożonej nawierzchni.
Mijałem coraz to większe grupki ludzi zmierzających w stronę tej samej parceli. Musiałem wyglądać śmiesznie, kiedy przekroczyłem mury edukacyjnego więzienia. Ogólnie miałem wrażenie, że tylko ja się tak śpieszę, a cała reszta uczniów ma wywalone w to czy będą punktualnie na ósmą.
Przeszedłem z przejścia by uniknąć niebezpiecznych sytuacji, które mogłyby się zdarzyć, kiedy dłużej torowałbym wejście.
Parę kolejnych minut stałem pod rozpiską pomieszczeń, tak zwaną mapą budynku.
''Jak mam się tu odnaleźć?! To cholerstwo ma pięć pięter!!!'' - Oparłem głowę na kolumnie, do której była przypięta ta kartka.
Najchętniej zerwałbym ją i zabrał ze sobą, ale przecież nie mogłem tak po prostu jej ukraść stojąc tuż pod budką woźnych, które bacznie mnie obserwowały.
Postanowiłem zaryzykować i zapytać kogoś o drogę.
- Um.. Przepraszam. - Zagadałem do dziewczyny, która wyglądała najmilej i właśnie przechodziła obok.
- Pfff... - Usłyszałem tylko w odpowiedzi, kiedy całkowicie mnie zignorowała nawet się nie zatrzymując.
Powieka drgnęła mi z nerwów.
- Co za brak kultury... - Wycedziłem pod nosem gromiąc ją wzrokiem.
''Jeśli wszyscy tutaj są takimi snobami to mam przejebane...'' - Pomyślałem załamując się nad własnymi domysłami.
Głośno westchnąłem patrząc na zegarek.
Minęła minuta, po której zadzwonił głośny dzwonek rozpoczynający zajęcia.
''Nie... nie... nie!!! Nie może być!'' - Wiedziałem już, że konkretnie zwaliłem sprawę.
Nie mając lepszego pomysłu postanowiłem zapytać woźne o drogę.
Zapukałem z zamknięte okienko, za którym toczyła się zawzięta dyskusja między dwoma paniami.
- Co tam chłopcze? - Zapytała krnąbrna kobiecina otwierając okno.
- Nie wiem, gdzie są szatnie, czy mogłaby mi pani pomóc?- Zapytałem dość nieśmiało odwracając przy tym wzrok, gdzieś na bok.
- Musisz przejść przez ten korytarz, a potem skręcić w prawo, w lewo, a następnie jeszcze raz przejść na lewo. - Zaśmiała się wychodząc ze swojej budki.
Miałem tak skrzywioną minę, która wyrażała tylko jedną myśl: ''Zlituj się kobieto! ''
- Żartowałam. - Machnęła ręką idąc przed siebie. - Chodź ze mną. - Rzuciła przez ramię stawiając dużo małych kroków.
- Dziękuje. - Odparłem z drobnym uśmiechem na twarzy.
Szliśmy przez długi korytarz, a ona wciąż mówiła. Trochę o pogodzie, trochę o pyskatych uczniach i niesmacznych obiadach na stołówce.
Cały czas jej słuchałem tylko przytakując, lecz kiedy zadała dość bezpośrednie pytanie do mnie, musiałem wreszcie coś powiedzieć.
- Jakiś nowy, czy co?
- Tak. - Odparłem krótko, po czym zapanowała bardzo niekomfortowa cisza. - Dopiero się przeniosłem. - Dodałem śmiejąc się przy tym głupkowato.
- Nie daj się im zniszczyć. - Powiedziała, jakby chciała mnie przed czymś ostrzec. Mimo wszystko zabrzmiało to strasznie dziwnie, bo wyjechała z takim tekstem, bez uprzedniego wejścia w ten temat, czy jakichkolwiek wyjaśnień.
Puściłem te uwagę po mimo uszu wchodząc wreszcie do szatni, która znajdowała się rzeczywiście bardzo daleko od drzwi wejściowych.
W środku czekało na mnie nie lada zaskoczenie, gdyż nie byłem tam sam.
Ławkę zajmowały dwie długowłose blondynki oraz jedna szatynka z włosami do ramion. Przeglądając jakąś stronkę w telefonie komentowały wszystko głośno.
Wyglądały jak takie typowe puste lale, wymalowane drogą szminką i owinięte najdroższą marką ciuchów. Oczywiście nie wrzucałem wszystkich do jednego worka, nie chcąc oceniać po wyglądzie, lecz tym razem nie miałem żadnych wątpliwości. Ich twarze przypomniały mi wredne lisie mordy z mojej poprzedniej szkoły.
''Muszę trzymać się od nich z daleka.'' - Pomyślałem zawieszając swoją kurtkę na wolnym haku.
Poczułem ogromną potrzebę ewakuowania się stąd i to też uczyniłem idąc za woźną, która miała zaprowadzić mnie prosto pod drzwi z numerem 63.
Na całe szczęście uniknąłem konfrontacji, bo były tak zajęte rozmową, że nawet mnie nie zauważyły.
Nie zdążyłem się oddalić, kiedy to ktoś bardzo ''mądry'' postanowił zrobić mi zdjęcie nawet nie wyłączając flesza.
Odwróciłem się mrużąc oczy w stronę, z której nadszedł błysk, jednak i tak nie miałem w planach ścigać tej osoby - bo co mógłbym jej zrobić.
Poprawiłem lekko swoje włosy mając tylko cichą nadzieje, że ta fota nie ma na celu ośmieszenia mnie. Wierzyłem, że fotografia ma inne przeznaczenie i starałem się tym nie przejmować.
Czas zdawał się pędzić, a ja byłem coraz bardziej spóźniony.
Wchodząc po schodach przeszliśmy przez dwa piętra, by następnie się pożegnać.
Podziękowałem miłej pani, która odeszła w swoją stronę.
Mogłem dostać się wreszcie do klasy, ale coś mnie zatrzymało - i był to wyłącznie mój strach.
''Wdech... wydech... Dasz radę!'' - Motywowałem się, bojąc zapukać do drzwi.
Moja nieśmiałość całkowicie mnie zdominowała. Nawet przez chwilę myślałem o tym by wejść z innymi uczniami na drugą lekcję po dzwonku.
Stałem jak słup soli, wyczekując szansy, kiedy ktoś by wyszedł ze środka i pomógł mi się tam dostać, ale nic nie wskazywało by miało się to wydarzyć.
''Kiedy potrzeba to nikomu nie chce się wyjść do łazienki... Już 15 minut po dzwonku, co powinienem zrobić?!'' - Ściskałem materiał swojej koszuli nerwowo. - ''Muszę to zrobić sam!''
Zdecydowałem, że spróbuje mimo wszystko. Unosząc drżącą rękę do góry podszedłem jeszcze bliżej skąd mogłem usłyszeć śmiechy i głośne reprymendy nauczycielki.
Wypuściłem głośno powietrze z ust biorąc lekki ''zamach'', jednak w tej samej chwili, ktoś krzyknął za moimi plecami.
- Z drogi leszczu!
Słysząc ten głos znienacka, aż podskoczyłem ze strachu. Trwało to zaledwie parę sekund, kiedy to zostałem gwałtownie odepchnięty.
Dopiero po chwili zorientowałem się, że to ta sama grupka dziewczyn, którą wcześniej spotkałem w szatni.
Wpadły do środka klasy bez żadnego pukania, czy nawet dzień dobry głośno zamykając za sobą drzwi. Zachowywały się gorzej niż dzicz, jakby wszystko było im wolno.
''Za kogo się niby uważają?'' - Zazgrzytałem zębami, czując ogromne zdenerwowanie, które podpowiadało mi bym wyrzucił im je w twarz przy najbliższej okazji.
Oczywiście nie potrafiłbym tego zrobić na tle publicznym, ale miło było sobie pomarzyć jak dostają to na co zasługują.
- Proszę Pani chyba ktoś tam czeka! - Dobiegł mnie wysoki głos jednej z nich.
Nauczycielka postanowiła to sprawdzić więc wyjrzała na korytarz, gdzie akurat stałem.
Popatrzyłem chwilę na nią, a ona na mnie, po czym spytała.
- Nie masz zamiaru wejść?
- Przepraszam. - Odparłem cicho, kiedy to serce kołatało mi równie mocno jak przed zawałem.
Ostatecznie trafiłem na środek klasy, gdzie miałem doskonały widok na wszystkich uczniów.
Rozglądałem się po nowych twarzach, jakbym miał w ten sposób ocenić ryzyko zagadania z kimkolwiek.
W tym samym momencie pani, która mnie tu wprowadziła zrobiła mały wstęp, o tym, że jestem nowy i takie tam inne bzdety, po których to ja miałem w końcu zacząć mówić.
Okazało się, że jest naszą wychowawczynią.
Przygotowywałem się, do tego, co mam powiedzieć przez pół nocy, ale mimowolnie wszystkiego zapomniałem.
''Jak układać słowa... by odebrali mnie najlepiej...'' - Zastanawiałem się nawet nie zauważając, że już powinienem, coś powiedzieć.
''Przecież robiłeś już to wiele razy!''
''Cholera!''
Przełknąłem głośno ślinę delikatnie ściskając rękawy nieco przydługiej koszuli.
Wzrok wszystkich uczniów skupił całą uwagę na mojej osobie wręcz wypalając we mnie dziurę.
Uchyliłem usta chcąc wreszcie coś z siebie wydusić, ale mój występ został zakłócony przez drobną niską dziewczynę, która niczym tornado przemknęła przez drzwi krzycząc.
- Przepraszam za spóźnienie! - Zrzucając torbę z ramienia usiadła w przed ostatniej ławce.
Nauczycielka spojrzała na nią gardzącym wzrokiem, po czym wpatrywała się we mnie dość wymownie, jakby dając mi ostatnią szanse.
Zrobiłem jeden krok do przodu i biorąc głęboki oddech powiedziałem.
- Cześć wszystkim. - Z drobnym gestem uniesienia dłoni chciałem się uśmiechnąć, ale byłem zbyt zestresowany, aby to zrobić, więc raczej kiepsko to wyszło. - Nazywam się Adien Shane i pewnie większość z was zastanawia się, dlaczego przepisałem się w połowie roku. - Gdy już zacząłem mówić, wtedy poczułem ulgę i kontynuowałem. - Otóż powód jest całkiem błahy... całą zmianę zawdzięczam temu, że moi rodzice trafili w tym mieście na lepszą pracę zgodną z ich zawodem. - Wytłumaczyłem słysząc w międzyczasie szepty, gdzieś z końcowych ławek, co oczywiście zignorowałem.
Zrobiłem krótką przerwę, by zebrać myśli i przeczesać wzrokiem jeszcze raz po twarzach nieznajomych z tego samego rocznika.
Część z nich była zszokowana, a cała reszta wyglądała jakby wcale ich to nie interesowało. Zaledwie garstka z licznego grona przyglądała mi się uważnie, najprawdopodobniej słuchając tego, co mówię.
- Jeśli chodzi o moje zainteresowania to jestem fanem wszelkiego rodzaju komiksów, muzyki, amatorskiej gry na instrumentach. W wolnym czasie gram również w gry komputerowe lub rysuje. Jestem dość nieśmiały, ale mimo to pragnąłbym znaleźć tu jakieś bratnie dusze. - Ukłoniłem się chcąc, czym prędzej zająć swoje miejsce, którym to była jedyna wolna ławka stojąca przy oknie na ukos od biurka wykładowcy skąd tak naprawdę byłem mało widoczny.
W tle słyszałem jak jakaś dziewczyna głośno się śmieje, ale zostaje bardzo szybko poskromiona przez panią Angele, bo tak właśnie nazywała się nasza wychowawczyni.
Potem nadeszła pora sprawdzenia listy, nie siliłem się nawet by zapamiętać jakiekolwiek imiona za pierwszym razem. Było nas w sumie 25, a to zbyt wiele jak na moją pamięć.
Lekcja minęła bardzo szybko, a ja nie mogłem napatrzeć się na specyficzny wygląd naszej wychowawczyni. Pierwszy raz w życiu widziałem osobę z heterochronią, gdzie jedno z jej oczu było brązowe, a drugie niebieskie. Nawet nie wiedziałem o czym jest sam wykład, będąc pochłonięty tak wnikliwą obserwacją.
Dopiero dzwonek na przerwę wybudził mnie z transu i sprawił, że stałem się bardziej czujny. Miałem cichą nadzieję, że uczniowie nie obsiądą mnie jak rój rozwścieczonych mrówek zadając nie wygodne pytania.
Ludzie gwałtownie podnieśli się z krzesełek i zaczęli opuszczać sale jeden po drugim. Wtedy nijako kamień spadł mi z serca, gdyż w środku zostało nas tylko czworo i wszyscy zajęci byli rozmową między sobą.
Wolałem pozostać nie zauważonym, wiedząc, że kontakt jest równy przywiązaniu i że im mniej powiem tym będzie dla mnie bezpieczniej. Pozwoli mi to przetrwać szkołę bez kolejnej ucieczki z miasta i powtarzania tego błędnego koła. Wiedziałem, że nikt nie może dowiedzieć się prawdy.
Wyjmując telefon z kieszeni postanowiłem przejrzeć, co nowego na stronie z popularnymi memami, z których śmiałem się pod nosem.
Niespodziewanie mój spokój został zachwiany przez bardzo wysokiego chłopaka, który stanął tuż obok mojej ławki opierając się jedną ręką o jej blat.
Myślałem, że jeśli go zignoruje to w końcu się znudzi i sobie pójdzie. Przesuwałem palcem po popękanym ekranie nie unosząc wzroku i czekając na dalszy ciąg wydarzeń.
Tajemniczy osobnik nie odpuszczając gapił się natarczywie w śmieszne ilustracje, które like'owałem na swoim LG.
Nagle odsuwając krzesełko dosiadł się do mnie głośno się śmiejąc dłuższą chwilę.
Byłem całkowicie zdezorientowany jego zachowaniem, a teraz jeszcze dzieliła nas bardzo mała odległość naruszająca moją przestrzeń osobistą.
- Hej ! - Pomachał mi ręką przed twarzą.
Tym razem byłem zmuszony na niego spojrzeć.
Ostrożnie odwróciłem się w jego stronę nie wypuszczając telefonu z ręki i nie wygaszając go.
- Hej. - Odparłem niepewnie patrząc w wyraziste szaro zielone oczy rozmówcy.
- Jestem Tony i jestem przewodniczącym w naszej klasie, więc gdybyś miał jakieś pytania to śmiało możesz do mnie podbijać.
- Dzięki... - Odpowiedziałem krótko uśmiechając się łagodnie. - Miło mi cię poznać. - Dodałem po chwili by nie wyjść na chama i niemowę.
Rozmawialiśmy trochę o grach, kiedy okazało się, że przeszedł on wiele poziomów, do których ja jeszcze nawet nie dotarłem.
Nie dość, że pasjonował się grami to w dodatku był całkiem dobrze zbudowany, przez co mogłem sądzić, że wiele dziewczyn się za nim ugania. W dodatku miał takie łagodne usposobienie.
Ścisnęło mnie w środku, gdy uświadomiłem sobie, że był by świetnym materiałem na przyjaciela, ale przecież nie mogłem łamać własnych zasad...
Zostało mi jedynie cieszyć się szczęściem tych dla których jest wsparciem. Nie bez powodu wybrali go na głównodowodzącego tej grupy, co wyciągnąłem z naszej krótkiej pogawędki.
Przerwa dobiegła końca i wszyscy ponownie zaczęli się schodzić. Zamiast wychowawczej mieliśmy teraz polski, bo nasza poprzednia godzina nie dała nam nic porządnie zrobić, dlatego też zostały one zamienione miejscami na dzień dzisiejszy.
Czytaliśmy wiersze i robiliśmy ich interpretacje, więc musiałem zapożyczyć kartki od chłopaków, którzy siedzieli za mną. Podobnie było z podręcznikiem i długopisem, bym zyskał pełne wyposażenie i mógł razem ze wszystkimi skupić się na podanym temacie.
Minęło około piętnaście minut lekcji, kiedy ni stąd ni zowąd poczułem dziwne lecz i dobrze znane mi uczucie. Serce zabiło szybciej, ale tylko na chwile by potem znacznie zwolnić swoją rytmikę, a na oczy zaczęły wchodzić czarne plamy. Oddech znacznie spowolnił, a plecy oblały się zimnym potem.
Od pewnego czasu miałem z tym problem, ale zazwyczaj po odczekaniu chwili lub przewietrzeniu się samo mijało. Nie wiedziałem, czym jest to spowodowane, jedynie mogłem domyślać się, że być może to przez mój nie odpowiedni styl życia.
Momentalnie zrobiło mi się tak słabo, że nie kontrolowałem własnych reakcji organizmu. Palce same zacisnęły się na pożyczonym długopisie nie chcąc nawet drgnąć.
Opuszczając głowę położyłem ją na zgiętej lewej ręce, która luźno leżała na ławce orientując się, że nie zdążę tego zakomunikować.
* * *
W pustej przestrzeni słyszałem tylko jakieś wrzaski przez moment myśląc, że jestem w domu, i że ten dzień się jeszcze nie zaczął.
Otworzyłem oczy, ale wcale nie byłem u siebie tylko w jakimś dziwnym pomieszczeniu. Leżąc na plecach widziałem jedynie Tonego, który trzymając moje nogi w górze był blady jak ściana.
- Hej, wiesz gdzie jesteś? - Spytał po chwili, kiedy to zacząłem się uważniej rozglądać po pomieszczeniu.
Zastanawiałem się nim odpowiedziałem, aż przypomniałem sobie wszystko.
- Najpewniej u pielęgniarki. - Odparłem, a on wreszcie odstawił moje nogi na miejsce. - Na długo odleciałem? - Zapytałem będąc ciekaw, kiedy inni się zorientowali.
- Nie... Nauczycielka szybko zauważyła, że się nie ruszasz nawet jak zwróciła ci uwagę. Początkowo ludzie myśleli, że uciąłeś sobie drzemkę, albo że żartujesz sobie...
Chciałem usiąść, ale w tym samym czasie zostałem przez niego dociśnięty do materaca.
- Nie wstawaj. - Powiedział zajmując pobliski taboret koło łóżka. - Pielęgniarka powiedziała, że nie możesz. Dała mi wskazówki, że jak się ockniesz to masz zaczekać aż wróci, bo właśnie poszła wykonać telefon do twoich rodziców, żeby cie odebrali. - Wytłumaczył wszystko dokładnie mówiąc z pełną powagą. - Już myślałem, że będziemy wzywać po ciebie karetkę, bo długo nie odzyskiwałeś przytomności, ale na szczęście wróciłeś do żywych z czego się cieszę. - Zaśmiał się krótko, a ja pozostałem w bezruchu patrząc w sufit, który częściowo zarastał pleśnią w kątach.
- Jak dla mnie nie ma, co przeżywać. - Powiedziałem siląc się na nie szczery uśmiech. Wiedziałem, że w domu czekają mnie konsekwencje tego, że już pierwszego dnia moi rodzice są wzywani do szkoły. Starałem się nie myśleć o tym, ale strasznie się tego bałem. - Mogę bez problemu wracać na zajęcia. - Dodałem czując jak kropla potu spływa mi po skroni, a przynajmniej tak sądziłem do póki jej nie starłem. Okazało się wówczas, że mam całą twarz skroploną niekontrolowanymi wolno wylewającymi się z moich oczu łzami.
Zdziwiłem się, ale nie bardziej niż Tony, który siedział na przeciwko. Kompletnie go przytkało, a ja usiłowałem powstrzymać tą reakcje.
W tej samej chwili drzwi się otworzyły, a do środka weszła pielęgniarka szkolna.
Miałem wrażenie, że całkiem się skompromitowałem. Zaciskałem mocno pięści dalej próbując się opanować.
Chłopak został odesłany do klasy, wtedy mój stan zaczął się poprawiać i mogłem wreszcie rozpocząć konwersację.
- Dzwoniłam do twoich rodziców, ale żadne z nich nie może cię teraz odebrać. - Koniec końców to kobieta odezwała się pierwsza nim zadałem jakiekolwiek pytanie. - Będę teraz musiała porozmawiać z twoją wychowawczynią, o tym co powinniśmy zrobić. - Dopowiedziała patrząc prosto na mnie.
- Proszę się nie martwić już czuje się na tyle dobrze by wrócić na zajęcia. - Odparłem pewnie, nawet nie przyjmując do siebie opcji, że może mi odmówić.
- Nie jest to dobry pomysł. Takie nagłe utraty przytomności mogą mieć znacznie szersze podłoże i mogą zagrażać zdrowiu i życiu, więc nie mogę pozwolić ci po prostu tak sobie pójść do klasy. Odpowiadałabym, gdyby coś ci się stało - rozumiesz. - Przytoczyła dobrze znaną mi regułkę, na którą miałem zawsze przygotowane pełno wymówek.
- Ale... - Chciałem właśnie wykorzystać jedną z nich, ale nie było mi to dane, bo przerwała mi od razu.
- Bez żadnych, ale... teraz czekasz na mnie tutaj i nigdzie się nie ruszasz. - Powiedziała to tak szorstko, że jedyną moją odpowiedzią na te słowa było skromne pojedyncze kiwnięcie głową.
* * *
Długo czekałem, aż ktoś do mnie przyjdzie prawie tam zasypiając ze znudzenia.
Wyliczyłem, że minęła kolejna lekcja, którą to była matematyka. Z jednej strony cieszyłem się, że ta katorga umysłowa mnie ominęła. Nigdy nie byłem dobry w liczeniu czegokolwiek prócz pieniędzy, dlatego wręcz pałałem nienawiścią do tego ścisłego przedmiotu, który powstał by utrudniać ludziom zdanie do następnej klasy.
Pierwsza osoba, która weszła była pani Angela, a zaraz po niej pojawiła się również lekarka i blondyn.
- Mamy dwie opcje. - Rzuciła bez namysłu wychowawczyni. - Możesz zostać tu do końca lekcji lub...
Pierwszy pomysł już mi się nie spodobał, co niby miałbym tu robić sam ''spać?''
- lub zostaniesz eskortowany do domu przez Tonego, który zgodził się ciebie odprowadzić.
Drugi plan też nie był doskonały, więc chwile wstrzymałem się z odpowiedzią.
-Wiec?- Spojrzała pytająco jakby ponaglając moja decyzje.
- Chyba... wole wrócić do domu. - Powiedziałem krążąc wzrokiem po ich twarzach.
- Dobrze jak uważasz.
Słowo się rzekło i mogłem zacząć się zbierać, jedyne co musiałem zrobić to najpierw odebrać swój telefon z sekretariatu.
Przewodniczący powiedział, jednak że w pierwszej kolejności pójdziemy do szatni i się tam uszykujemy do wyjścia, a on w międzyczasie odbierze mój sprzęt.
Byłem mu wdzięczny, bo naprawdę nie chciałem wchodzić do gabinetu, gdzie na pewno siedział jeden jak nie grupa wykładowców wcinających swoje śniadanie.
Poczekałem wiec na niego aż wróci i wkrótce ruszyliśmy w drogę.
Nie odezwałem się ani słowem, bo nie wiedziałem, co mam powiedzieć, kiedy nagle on zapytał.
- jesteś na coś chory?
Zatrzymałem się gwałtownie słysząc jak śnieg przestaje skrzypieć pod moimi nogami.
- Nie. - Zaprzeczyłem unosząc lekko brwi ze zdziwienia. - Czemu pytasz?
- Bo próbuję zrozumieć twoja reakcje. - Odparł czekając aż dotrzymam mu kroku.
- Zapomnij o tym... - Nie chciałem mu nic mówić. - Za dużo emocji jak na jeden dzień. - Podciągnąłem pod to ładnie brzmiące wyjaśnienie, które zawsze skutkowało i sprawiało, że druga strona dawała mi spokój.
Tym razem tez poskutkowało.
- Rozumiem i nawet się nie dziwie. Pewnie taka zmiana otoczenia była dla ciebie męcząca. Sam wiem jak to jest, może to kiepskie porównanie, ale kiedyś bylem zmuszony zmienić szkole w podstawówce i też ciężko to przeżyłem. Moi rodzice się rozwiedli to głównie przez to trafiłem pod opiekę ojca. A ty skąd przyjechałeś? Z jakiego miasta?
Przenosiłem się już tyle razy, że to pytanie całkiem mnie rozbiło.
- Lepiej zapytać, gdzie jeszcze nie bylem... - Zaśmiałem się krotko.
- Aż tak gonią za kariera?
- Można tak powiedzieć. - Mruknąłem skręcając w alejkę, gdzie znajdowało się moje osiedle.
Mieszkałem kawałek dalej, jednak nie na wylocie i nie na końcu, a bardziej w środkowej części domostw.
- Już nie daleko, jak chcesz możesz już wracać. - Powiedziałem kątem oka widząc jak wysyła komuś wiadomość.
- Za specjalnie mi się nie spieszy, przynajmniej urwałem się z jednej godziny matmy i póki nie odprowadzę cię pod sama bramę, furtkę, czy co tam masz to nie będę spokojny. - uśmiechnął się życzliwie wkładając telefon do kieszeni spodni.
* * *
Chwilę później byłem już na miejscu i żegnałem się z chłopakiem, który początkowo nie chciał sobie pójść.
- Dobra opcja na wagary. - Zażartowałem na odchodne, chcąc już skończyć naszą pogawędkę.
- Asz tam z tobą... - Westchnął krótko, bo przez cały czas to on przejmował się bardziej niż ja sam swoim stanem. - Nie ma co się śmiać. Zdrowie jest najważniejsze, dlatego na wszelki wypadek dam ci swój numer jakbyś czegoś potrzebował.
Wyjął komórkę i czekał aż zrobię to samo.
Nie miałem wyboru i koniec końców puściłem mu sygnał od siebie, na który dostałem odzew sms'em.
Wiedziałem, że to zbędne. Nawet w tej chwili miałem już stu procentową pewność, że nie skorzystam nigdy z jego numeru.
Tkwiłem w przekonaniu, że nie będziemy się już dłużej ze sobą zadawać jako znajomi, czy choć by kumple. Szczerze mówiąc miałem w planach go spławić zaczynając od następnego dnia, czyli dokładniej wtorku.
Nasze rozstanie trwało wieki za nim ostatecznie wszedłem do środka i zostałem sam.
Zmęczyło mnie tak długie gadanie, czy raczej przygody związane z zaczęciem tu roku.
'' Całkiem dobry z niego człowiek, biorąc pod uwagę fakt, że pomógł bezinteresownie zupełnie obcej osobie.''
''Nie zasługuje na niego...'' - Pomyślałem czując się z tym dziwnie.
Chcąc rozproszyć natrętne myśli chciałem się czymś zająć. Zacząłem od rozejrzenia się po korytarzu sprawdzając, czy buty reszty domowników nie stoją przypadkiem na półce, gdzie mieli w zwyczaju zawsze je umieszczać.
Następnie ruszyłem prosto w stronę kuchni przypominając sobie, że zostawiłem tam otwarte okna.
Prędko zamknąłem wszystkie lufciki, w środku i tak panował już złowrogi chłód stawiający włosy dęba.
Przy stole natknąłem się również na plecak, który niczym nie wzruszony leżał na podłodze.
''A więc tu się schowałeś.'' - Pomyślałem uśmiechając się znikomo, kiedy udało mi się go znaleźć.
Następnie podniosłem tornister i zarzuciłem go sobie na ramie kierując krok do pokoju.
Nie czułem się tak źle w sumie tylko trochę kręciło mi się w głowie.
Postanowiłem więc odespać tą stracona noc. Owinąłem się w kokon z pościeli i momentalnie odpłynąłem.
* * *
Ocknąłem się dopiero, gdy zaczął doskwierać mi ostry ból głowy.
Pół przytomnie usiadłem na materacu i chwyciłem telefon by sprawdzić wskazówkę na osi czasu.
Dochodziła czternasta i powoli zaczynałem robić się głodny.
Przeciągnąłem się jednocześnie mrużąc oczy przed bladym ślepym słońcem, które natarczywie zaglądało zza firany.
Na ekranie starego LG widniało coś jeszcze, a mianowicie była to wiadomość od adresata z nazwą ''Juliet''.
Klikając w kopertę odczytałem treść sms'a.
''Hej kotek :* jak tam dzisiaj? Przeżyłeś? Nie odzywasz się od rana jest mi bardzo smuuutno ;...;''
Postanowiłem odpisać: [Hej hej. U mnie tragedia.,. kompletnie zwaliłem sprawę i nie oczekiwanie znalazłem się w domu. :o]
Napisałem nie ruszając się i wyczekując odpowiedzi, która z resztą szybko nadeszła. Wyglądało na to, że chyba wyczekiwała momentu, kiedy się do niej odezwę.
Juliet była moją miłością internetową, z którą codziennie pisałem ogrom wiadomości od czasu do czasu zamieniając też parę słów przez normalne połączenie.
Nie byłem przekonany, czy ją naprawdę kocham, bo nigdy się nie spotkaliśmy, lecz ciągle obiecywała, że któregoś dnia przyjedzie mnie odwiedzić.
Czułem się szczęśliwy mogąc się komuś wyżalić i zwierzyć ze wszystkich swoich problemów nie martwiąc się, że przekaże to wszystko dalej.
Był to pewien sposób na pozbycie się, chociaż części moich lęków i obaw związanych z codziennością. Częściowo pomagało, lecz nie na dłuższą metę, bo przecież nie było jej tu fizycznie ze mną...
-''Jak to? To co się stało? :o''
[Gorzej się poczułem i zemdlałem na drugiej lekcji :I teraz nie dość, że będę miał braki, które będę musiał nadrabiać to jeszcze wezmą mnie za lamusa @-@]
-''O biedactwo nie przejmuj się :* Opinia innych się nie liczy :o A bym cie teraz wyściskała <3''
Każdy jej sms był tak przesłodzony, że aż chciało się wręcz ugryźć jakiegoś suchara by się nim zapchać. Początkowo chciałem z nią urwać przez to kontakt, ale z czasem się przyzwyczaiłem. Nigdy żadna dziewczyna nie powiedziała tak do mnie w realu, dlatego pocieszałem się wirtualną rzeczywistością, co było trochę smutne.
Ona też miała ciężkie życie więc wzajemnie się wspieraliśmy na tyle ile było to możliwe.
* * *
(Witam kochani to już koniec tego rozdziału - mam nadzieję, że się wam podobało :D
Jeśli znajdziecie jakieś błędy to piszcie - wtedy będę mógł je poprawić ;)
Część tekstu była pisana na telefonie - skorygowałem braki (ł, ż, ę) czy inne takie literówki <chyba>
Nie stosuje autokorekty, bo nie przepadam za tą opcją :o wszystko wystukuje ręcznie, bo inaczej mogłoby mi to wypisywać najrozmaitsze głupoty XD uwierzcie w to jestem naprawdę zdolną osobą jeśli chodzi o sprzęty elektroniczne, które mnie nie lubią w większości XD
Co sądzicie o bohaterze? Lub o bohaterach, którzy przewinęli się przez cały fragment, czy ktoś was w jakiś specjalny sposób zainteresował?
Jakie emocje wam towarzyszyły czytając?
I co tam jeszcze chcecie ;) )
Pozdrawiam
HimeDerHi
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz