Rozdział 1
''Nowy Początek''
*
Wzniesione barykady i mury...
Wzmożone patrole...
A wszystko po to, aby przetrwać tą jedną przeklętą noc.
*
Mgła ograniczała widoczność, kiedy to echem rozbrzmiał dźwięk kościelnego dzwonu. Odgłos ten ostrzegał wszystkich przed niebezpieczeństwem, ze strony plugawych istot, które pojawiały się zawsze podczas każdej pełni.
Potem zapadła głucha cisza, jednak każdy wiedział, że był to czas, kiedy należy przygotować się do najgorszego.
Następnie usłyszeliśmy potworne krzyki pomieszane z mrożącymi krew w żyłach rykami bestii.
''Już tu są... już nie ma odwrotu...'' - Powolnie docierała do nas świadomość całej sytuacji wywołując wewnętrzny niepokój, a także wyostrzając wszystkie zmysły.
Demony wtargnęły niczym plaga na ulice ognistej stolicy - zapanował chaos.
Nasi wojownicy nie mogli się równać z potęgą tych istot, polało się dużo krwi na samym początku tej rzezi niewiniątek.
Bez królewskiej straży, mogli oni jedynie odwracać uwagę tych potworów i wyczekiwać na wsparcie.
Odsiecz nadeszła jednak w samą porę, wkraczając dumnie i z impetem na pole bitwy. Wreszcie można by rzec, że walka wstąpiła na wyższy poziom i stała się bardziej wyrównana, chociaż szala zwycięstwa ciągle przesuwała się z jednej strony na drugą.
Nie mogliśmy w nich zwątpić, w końcu byli oni naszym jedynym ratunkiem, a także światłem nadziei.
Zbroje wysoko postawionej szlachty mieniły się złotą barwą będąc zanurzone w płomieniach ich energii życiowej - magi.
Księżyc przykrył ogromny cień, a chwilę później wiatr stał się bardziej porywisty.
Wstrzymaliśmy oddech.
Skrzydła ogromnego stwora szeleściły od ciągłych ruchów.
- Sprowadzili smoka! - Ktoś krzyknął w tym zgiełku na całe gardło, przez co na naszych twarzach zagościł uśmiech, a w oczach tlił się płomień napędzający do działania...
- I co było dalej? - Przerwałem ojcu robiąc wielkie oczy i przesuwając się do niego bliżej.
Historia ta była w kulminacyjnym momencie, prawdą jest, że mogłem poczekać aż sam ją skończy nie wtrącając się, ale przeżywałem teraz tak wielkie emocję, że nie byłem w stanie się powstrzymać. Czułem się jakbym był tam z nimi i walczył. Podziwiałem każdą z opowieści mojego staruszka, który należał do klanu Łowców i często dzielił się ze mną swoimi drogocennymi wspomnieniami. Od kiedy pamiętam zawszę był moim wzorem do naśladowania, dlatego też obiecałem sam przed sobą, że gdy tylko będę w stanie zacząć swoją przygodę to wkrótce potem stanę się równie wspaniałym bohaterem jak on.
- Rex, co ci mówiłem o tym, że wszystkie komentarze zostawiamy na moment, kiedy przestane mówić. Nie uprzejme jest tak się wtrącać... Przez to zgubiłem wątek...
- Przepraszam. - Powiedziałem cicho, po czym krzyknąłem. - To co było dalej?! Co z wojownikami i strażnikami króla? Co ze smokiem?!
- To koniec opowieści. - Powiedział z pełnym opanowaniem, na co ja wykrzywiłem twarz w dziwnym grymasie niedowierzania.
- Nieeee... nie możesz tak tego zostawić. - Wpatrywałem się w niego wręcz błagając, aby skończył.
- Spokojnie tylko żartowałem. - Poklepał mnie po głowie śmiejąc się i lekko roztrzepując moje włosy. - No dobrze więc, tak - królewska gwardia za pomocą pupila samego króla przegnała złe demony i obroniła miasto przed jedną z największych plag demonów. Nawet teraz całkiem żywo wspomina się to wydarzenie, które przecież działo się dziesięć lat temu. Najpewniej kiedyś powstanie o tym jakaś legenda. Od tamtej pory nie jesteśmy już tak atakowani ze strony tych plugastw, być może dlatego, że boją się zmierzyć z nami po raz drugi. Chociaż jestem pewien, że kiedyś wrócą...
- Woow. To wspaniałe! Głupie demony, powinny trzymać się od nas z daleka! - Zachwycałem się wspaniałą opowieścią i bohaterskimi czynami królewskiej straży.
- Masz rację synu. Pamiętaj, żeby nie ufać żadnemu z nich, gdy ruszysz w świat. - Wstał uśmiechając się ciepło.
- Ma się rozumieć, będę walczył z całych sił by się ich pozbyć! - Na chwile zamilkłem, by zapytać swojego rodzica, za nim wyjdzie z mojego pokoju. - Kiedy będę mógł ruszyć w swoją podróż?
- Najpierw będziesz musiał jeszcze trochę dorosnąć. Wiesz, że nie możemy skierować cię do żadnej szkoły nim nie skończysz czternastu lat.
- Wiem... - Odparłem bez entuzjazmu przykrywając się kocem.
- Dobranoc. - Wyszeptał zostawiając lekko uchylone drzwi, za którymi kołysało się jeszcze przez chwilę światło od jego latarni, po czym zniknęło.
Nie odpowiedziałem, ponieważ, gdy tylko zamknąłem oczy odpłynąłem w zaledwie kilka sekund oddając się marzeniom we śnie.
* * *
Przez kolejnych kilka lat, ciężko pracowałem czytając różne książki i sprawdzając zwoje umiejętności w celu poznania tajemnicy ich poskramiania.
Niewiele wiedziałem o magi, a byłem w stu procentach pewien, że jakiś dar posiadam.
Wiele się zmieniło odkąd moi rodzice uzyskali wyższy stopień Łowcy, coraz mniej się z nimi widywałem, a kiedy już wracali to byli tak zmęczeni, że musieli odespać długo terminową misję. Nie raz przychodzili poobijani, ale nigdy się nie poddawali. Byli jak największa i najsilniejsza tarcza tego regionu, dlatego nie przeszkadzało mi zbytnio nawet to, że mną i moją młodszą siostrą opiekuje się babcia.
Wyczekiwałem dnia moich czternastych urodzin, a kiedy ta chwila nadeszła to wkrótce potem spostrzegłem, że nic tak naprawdę się nie zmieniło.
Byłem wściekły, bo myślałem, że wreszcie pójdę do szkoły magii, ale ciągle słyszałem tylko, że nie mogę zostawić Eli samej i że taki mam obowiązek, jako jej starszy brat.
Nie chciałem być opiekunką przez kolejnych parę lat, dlatego też zacząłem opracowywać plan dzięki, któremu przerwę tą bezczynność.
Stopniowo chodziłem coraz dalej od domu tworząc mapę, po mimo surowego zakazu od babuni by nie przekraczać granicy między naszą krainą, a państwem Cieni.
Nie mieszkaliśmy nigdy w stolicy, a raczej na uboczu, dlatego linia między tymi dwoma narodami była całkiem blisko. Każdego dnia biłem się z myślami, co powinienem zrobić i czy postawienie się rodzicom będzie słusznym wyborem.
Obawiałem się, że jeśli się im przeciwstawię to mogą już nigdy więcej nie udzielić mi swojego wsparcia.
Miałem prawdziwy mętlik w głowie, a jednak nie przekreślałem swoich działań opracowując kolejne posunięcia.
Z brzaskiem słońca zerwałem się z łóżka i po cichu wymknąłem się z domu, kiedy wszyscy jeszcze spali.
Ciekawość wzięła górę i tym razem opuściłem miasto wchodząc do lasu, który miał zaprowadzić mnie na obce terytorium.
Nigdy wcześniej nie byłem bardziej podekscytowany.
Idąc wciąż przed siebie natrafiałem na różne przeszkody, a to na poprzewracane konary drzew, gęste pokryte kolcami krzewy, czy rwącą stosunkowo wąską rzekę.
Dałem radę przejść nie zniechęcając się, w tym czasie słońce pięło się wzdłuż swojej osi wychylając się zza koron drzew. Wiał przyjemnie ciepły wiatr chociaż była dość wczesna pora. Traktowałem to wszystko jako znaki dobrej passy, że w końcu uda mi się zobaczyć, co kryje się po drugiej stronie.
Z daleka zobaczyłem ogromny mur wraz z drobną luką, czy uszczerbkiem w jego budowie.
Uśmiechnąłem się zaczynając biec właśnie w te stronę, a kiedy dotknąłem konstrukcji przeszły mnie dreszcze.
Przysiadłem na chwilę na ziemi by wyjąć pergamin i naszkicować na nim kolejne ścieżki. W odnajdywaniu drogi pomagały mi charakterystyczne rzeczy, takie jak specyficznie wyglądające budynki, czy drzewa, dlatego też jeszcze nigdy się nie zgubiłem.
Kończąc projekt uniosłem głowę, by spojrzeć w niebo. Następnie wstrzymałem oddech, w porę orientując się, że moja rodzina wkrótce się przebudzi.
Energicznie schowałem wszystkie przedmioty, by rozpocząć wyścig z czasem. Musiałem zdążyć nim ktokolwiek zorientuje się, że wyszedłem.
Było mi żal wracać, ponieważ dopiero tu dotarłem, ale nie miałem wyboru.
Biegłem ile sił w nogach, po drodze wpadając częściowo do zimnej rzeki. Byłem mokry od pasa w dół, przez co odnosiłem wrażenie, że to mnie spowalnia.
Zacisnąłem pięści znajdując więcej determinacji w sobie i po paru nieskończenie długich minutach byłem już pod drzwiami. Łapiąc oddech siliłem się, by choć trochę go uspokoić.
- Gdzie byłeś braciszku? - Zaskoczył mnie głos zza pleców, więc nerwowo obróciłem się w jego stronę.
Z przerażeniem obserwując moją babcie, która trzymając Eli za dłoń niosła zakupy.
- Ja... - Zająknąłem się, by zaraz potem odpowiedzieć pewny siebie. - Wyszedłem pobawić się z kumplami.
- Następnym razem uprzedź nim, gdzieś pójdziesz. - Kobieta pokręciła głową z niezadowoleniem, po czym dodała. - Wszędzie cie szukałyśmy, to nie odpowiedzialne z twojej strony i gdybym nie była już taka stara to z pewnością miał byś karę. - Westchnęła, a ja odebrałem od niej kosz wypełniony po brzegi jedzeniem. - I do diaska, dlaczego jesteś taki mokry?
Miałem już chwytać za klamkę myśląc, że już po sprawie, jednak ona chciała wszystko wiedzieć - może miała jakieś podejrzenia, albo co gorsza ktoś mnie widział jak wchodzę do lasu.
- Wiesz jak to jest w tym wieku ma się różne głupie pomysły, Adien wylał na mnie wiadro wody. - Skłamałem uśmiechając się i przy okazji zrzucając całą winę na mojego najlepszego przyjaciela z sąsiedztwa.
Zapanowała bardzo nie przyjemna cisza, w której to patrzyliśmy sobie w oczy.
Czułem jak się pocę w oczekiwaniu na jej reakcję, a im dłużej wpatrywała się we mnie tym byłem bardziej niespokojny.
- Ahh ! - Krzyknęła przeciągle znienacka, przez co aż podskoczyłem ze strachu. - To nie dobry gówniarz! Następnym razem jak go zobaczę to mu pokażę! - Machała żwawo rękami by rozładować swoje nerwy.
- Obejdzie się babciu. - Ponownie uśmiechnąłem się do niej otwierając przed nami drzwi.
- Rex ma kłopoty? - Zapytała dziewczynka ciągnąc za spódnice naszej opiekunki.
- Skądże. - Zaśmiała się staruszka, po czym wreszcie wszyscy weszliśmy do salonu.
Odłożyłem kosz na blat kuchenny i poszedłem się przebrać, by następnie zasiąść w rodzinnym kręgu przy śniadaniu.
Talerze były już na swoim miejscu, kiedy zszedłem na dół. Pozostała jeszcze krótka modlitwa, by podziękować bogom za możliwość wspólnego biesiadowania.
Następnie rozpoczęliśmy posiłek, którym było kilka kromek chleba i równo pokrojona wędlina wraz z pomidorem, czy liściem sałaty. Skromny posiłek, lecz zawsze na tyle sycący by zapewnić nam siły aż do pory obiadowej.
Tego dnia musiałem być wzorowym dzieckiem, w końcu rodzice przyjeżdżają po tak długiej nieobecności. Zanosiło się na kolejne ciekawe opowieści o tym jak powodzi się im na lini frontu, a przynajmniej taką miałem nadzieję.
Kończąc swój posiłek zabrałem nie potrzebne już naczynia, aby od razu je umyć. Nie traciłem czasu, ponieważ musiałem schować w najgłębszej części domu swoje dotychczasowe osiągnięcia, którymi była mapa i oszczędności, które mają zapewnić mi dobry start, kiedy tylko opuszczę tą posiadłość.
Ukryłem je w piwnicy, myśląc, że i tak przecież nikt tam nie chodzi.
* * *
Mijała godzina za godziną, a ja potwornie się nudziłem. Wyszedłem nawet by sprawdzić, czy mój przyjaciel nie dotrzymałby mi towarzystwa.
Zapukałem więc do jego drzwi, ale nikt mi nie otworzył.
''To dziwne...'' - Stwierdziłem, bo przecież nie informował, że gdziekolwiek wyjeżdża.
Krzyczałem jego imię dalej nie odchodząc od klamki.
''Może po prostu robi coś ważnego i nie słyszy.'' - Przeszła mnie myśl, lecz i tym razem nie dostałem, żadnej odpowiedzi.
Chłopak ten miał bardzo podobną sytuację do mojej, jego rodzice też walczą za nasz kraj, dlatego przez większość czasu jest sam. Przesyłają mu tylko pieniądze, które nie raz przychodziły z opóźnieniem, ale wtedy zwykle ratowałem go tym, że bez skrupułów mógł przychodzić do nas na obiad. Babcia nie miała nic przeciwko, bo potem odwdzięczał się pracami w ogrodzie. Można by rzec, że jego życie było trudniejsze, ale on sam nie przejmował się tym zbytnio zawsze wiedząc, co powinien zrobić niezależnie od ciężaru sytuacji.
Minęło parę minut, dlatego też zacząłem powolnie się wycofywać, by poszukać go na mieście.
Skierowałem krok na ulicę główną, gdzie jak zawsze tętniło życie przy najróżniejszych straganach z żywnością, biżuterią, czy wyposażeniem bitewnym.
Stanąłem na chwilę by przyjrzeć się kryształom, które wyprzedawał jakiś starzec.
- Cóż to takiego? - Zapytałem wskazując na trójkątny błękitny kamień.
- To chłopcze jest Anivis. - Odpowiedział, gdy zorientował się, że do niego mówiłem.
- Ale do czego on służy? - Próbowałem dowiedzieć się czegoś więcej.
- Nie wiem. - Odparł zwężając usta w cienką linie. - Ja tu tylko je sprzedaje. Każdy z nich zawiera jakąś moc, lecz bohaterowie, od których je nabyłem nie byli na tyle uprzejmi by zdradzić te informację.
- Więc kupił pan je w ciemno? - Zdziwiłem się sądząc, że to nie rozsądne z jego strony.
- Można tak powiedzieć. Widziałem na rynku ich ceny, dlatego pokusiłem się nabyć akurat te kamienie, kiedy zaproponowano mi połowę ceny. - Uśmiechnął się słabo siadając na taborecie by odciążyć zmęczone nogi. - Jeśli chcesz dowiedzieć się czegoś, o którymś z klejnotów musisz udać się do wiedźmy. Ma na imię Vilaris, jednak jej usługi słono kosztują.
- Yhym. - Odburknąłem wzruszając ramionami. Miałem już odchodzić, gdy niespodziewanie usłyszałem pewną propozycję od nieznajomego sprzedawcy.
- Dam ci jeden z nich, jeśli wyświadczysz mi drobną przysługę.
- Co? Poważnie?! - Ucieszyłem się i na te słowa oparłem obie ręce na drewnianym blacie służącym za ladę. - Co mam zrobić? - Moje oczy zabłyszczały, bo wreszcie coś zaczęło się dziać. Miałem dostać swoje pierwsze zadanie.
- Oczywiście będzie to towar z niższej półki, jeśli ci to nie przeszkadza? - Pokazał na najmniejsze kamienie jakie posiadał. - Ale prosiłbym cie byś dostarczył tą wiadomość na koniec miasta do pewnego alchemika.
- Pewnie! - Uśmiechnąłem się wysuwając rękę w jego stronę.
- Ma swoją pracownie tuż obok starego wysypiska, powinieneś bez problemu ją odnaleźć, bo wyróżnia się na tle innych budynków. - Podał mi starannie zawiązany pergamin.
- Niech będzie! - Uniosłem go w górę cały się wewnątrz gotując z podekscytowania.
Nie minęła chwila, a ja już biegłem ochoczo w stronę ulicy Heliora.
Przeciskałem się przez tłum, by wejść na nieco luźniejszy deptak w centrum.
Dostając się do głównego punktu zatrzymałem się, by zbadać otoczenie, ponieważ w tej części miasta byłem ostatnio jako dziecko.
- Wiele się zmieniło. - Zdziwiłem się widząc, że kwiaciarnia, do której zawszę chodziliśmy z ojcem po kwiaty dla mamy została zamknięta. Okna i drzwi zabite były grubymi dechami.
''Ciekawe co się stało?'' - Patrzyłem w stronę zakładu dobrych parę minut, by następnie oprzytomnieć kręcąc głową na boki. - ''Nie po to tu przybyłem.''
Wznowiłem bieg, robiąc przystanek dopiero przy fontannie na środku alei Goliata.
Złapałem kilka głębszych wdechów opierając się o ścianę pobliskiego piętrowego domu.
Oczy otworzyły mi się szerzej, gdy zdałem sobie sprawę, że jestem obserwowany dosłownie z każdej strony.
W każdym z małych lekko przybrudzonych okien wystawały głowy dzieci.
Przełknąłem głośno ślinę, czując dość wrogi wzrok na sobie.
''Co jest?'' - Pytałem sam siebie ruszając wolno do przodu, kiedy nagle jedne z drzwi otworzyły się z impetem.
Zamarłem w bezruchu, ponieważ ze środka wyszło kilkoro drobnych domowników. Ubrani byli w jakieś stare brudne szmaty, mające wiele dziur.
Najstarszy z ich grupy podbiegł do mnie i chyląc przede mną głowę zapytał mocno skruszony.
- Proszę, czy nie miałbyś paru groszy?
W pierwszej chwili nie wiedziałem, czy powinienem uciekać, czy grzecznie odmówić, jednak postanowiłem tam zostać.
- Nie mam nic przy sobie. - Odparłem patrząc na chudego chłopca, który być może był w tym samym wieku, co ja.
- Nie jesteś stąd prawda? - Zapytał wyprostowując się wraz z dźwiękiem strzału kręgów kręgosłupa.
- Nie. - Odpowiedziałem krótko ignorując odgłos, który przed momentem wydały jego plecy.
- Nasza matka pracuje na nas wszystkich całe dnie na roli, lecz i to nie starcza. My wszyscy urodziliśmy się bez daru, dlatego nikt nie chcę zatrudnić nawet mojego starszego brata, gdziekolwiek do pomocy. Moja siostra choć ma dopiero piętnaście lat poszła zarabiać na ulicę... - Patrzył mi prosto w oczy, kiedy nagle upadł na kolana mocno chwytając za moją koszulę. - Proszę pomóż nam... Wiem, że jesteś magiem, ale nie patrz na nas z góry... Żadne z nas nie chce umierać z głodu...
Wpatrywałem się w niego ze zmieszaną miną, czy nawet z przerażeniem.
Nigdy przedtem nikt nie nazwał mnie w ten sposób i jeszcze nigdy nie byłem w podobnej sytuacji.
- Ja nie wiem jak wam pomóc... - Wyszeptałem po dłuższej chwili czując ogromny przypływ smutku. - Ale wrócę tutaj! - Krzyknąłem nagle, jednym ruchem zrzucając z siebie jego ręce i biegnąc dalej.
''To straszne... kto by pomyślał, że ja żyję sobie w komforcie, a oni gnieżdżą się pod jednym dachem nie mając co włożyć do gara... '' - Było mi wstyd za siebie, dlatego zacząłem myśleć nad rozwiązaniem ich problemu.
Wreszcie mym oczom ukazało się wysypisko, a obok niego dziwnie wykrzywione domostwo z kolorowymi ścianami.
Zacisnąłem rękę na pergaminie i już miałem iść dalej kiedy do moich uszu dobiegł znajomy śmiech.
''Adien?'' - Pomyślałem patrząc na boki, by namierzyć te odgłosy.
Okazało się wówczas, że to naprawdę był on. Stał na górze śmieci wraz z innymi dzieciakami.
- Adien! - Zawołałem, ale nie usłyszał mnie, dlatego wspiąłem się na sam szczyt by się z nim przywitać.
Chłopak prędko mnie zauważył, ale nie powiedział ani słowa.
- Cześć! - Rzuciłem podchodząc bliżej.
- Idź stąd leszczu. - Powiedziała dziewczyna stojąca tuż obok mojego przyjaciela. - Ktoś go zapraszał? - Spojrzała po swoich towarzyszach.
- Rex, nie powinieneś tu być. - Białowłosy zmarszczył brwi, a ja już w zupełności nie rozumiałem, co się tu odstawia.
- Co ty mówisz, wszędzie cie szukałem. - Uśmiechnąłem się słabo stojąc na przeciw trzy osobowej grupki.
- Nie zrozum mnie źle, ale nie możemy się już widywać.
Słysząc to zdanie zamilkłem, a jego znajomi zaczęli się śmiać.
- Bo wiesz... - Zaczął nie spuszczając ze mnie wzroku. - To jest moja nowa grupa. Dostałem się do szkoły magi, a przez to, że ty nie masz żadnego daru to nie jest nam pisane, by wychodzić razem. Tylko byś mnie spowalniał w nauce...
- To wstyd. - Wtrąciła dziewczyna.
Otworzyłem szeroko usta nie mogąc niczego z siebie wydusić. Byłem przekonany, że ma rację i że jestem totalnym zerem. Chociaż w głębi duszy miałem mu za złe, że tak po prostu chce mnie porzucić po tylu latach wspólnego dorastania.
- Po za tym nie jesteś nawet z tej krainy, twoi rodzice to tylko częściowo ogień, a druga połowa to piorun... - Kontynuował jak by tłumacząc mi powód końca tej przyjaźni.
Zebrało mi się na płacz, dlatego powiedziałem tylko: - Rób jak uważasz, ale nie chciej niczego więcej ode mnie już nigdy. - Mówiąc to odszedłem nie oglądając się za siebie.
''Kto by pomyślał, że ta rozmowa będzie taka szybka... i bolesna...''
Roztrzęsiony usiadłem pod drzwiami, do których miałem dostarczyć przesyłkę.
Długo nie mogłem pozbierać myśli, w końcu moje życie zmieniało się, ale bez żadnej satysfakcji. Zamiast samych dobrych rzeczy, na drodze stawiano przede mną mury nie do przejścia w pojedynkę.
''Czy tego właśnie chciałem?'' - Rozmyślałem, jednak nie potrafiłem odpowiedzieć na to pytanie, a nasuwało się ich coraz więcej. - ''Dlaczego on już stał się adeptem szkoły, a ja nawet nie złożyłem do niej podania... Zostałem w tyle...'' - Gdyby tego było mało, to był mój jedyny przyjaciel, okazał się nic nie wartą chorągiewką. Pewnie od zawsze planował mnie zostawić, gdy tylko wejdzie na ten ''wyższy poziom''.
Westchnąłem przeciągle, kiedy niespodziewanie ktoś stanął tuż obok.
- Potrzebujesz czegoś? Zgubiłeś się?
Wzdrygnąłem się w pierwszej chwili, bo było to dość niespodziewane.
- Nie. - Odpowiedziałem krótko, po czym dodałem. - Mam tylko dostarczyć wiadomość.
- Więc czemu tu siedzisz? Zakładam, że to do mnie te listy. - Uśmiechnął się młody mężczyzna. - Wejdźmy do środka. - Zaproponował cofając się do drzwi, które otworzył czekając na moją reakcję.
Skinąłem głową wstając i przekroczyłem próg wchodząc do wąskiego ciemnego korytarza, który swoją drogą wydawał się być bardzo długi.
- Zasiądziemy w kuchni. - Powiedział przekręcając zamek. - To trzecie wejście po prawo.
Zrobiliśmy jak powiedział i wkrótce potem zasiedzieliśmy już przy stole, który wyłożony był po brzegi małymi miseczkami z jakimiś ziołami.
- Do czego to? - Zapytałem przyglądając się uważnie każdej z nich.
- To są rośliny jadalne, których używam do robienia leków, ale i też wytwarzam z nich pełnowartościowe posiłki. - Tłumaczył, kiedy to w międzyczasie podałem mu przesyłkę.
Mężczyzna zamilkł, kiedy tylko rozwinął pergamin. Widać było, że to dla niego coś ważnego, co całkowicie przykuło jego uwagę.
''Co tam mogło być napisane? W sumie mogłem to przeczytać w drodze... '' - Doszła do mnie świadomość, ale miałem nadzieje, że podzieli się ze mną tajemnicą zapisaną na kawałku pogiętego materiału.
***
(Na dziś to by było na tyle :D już wczoraj skończyłem poprawki, jednak ze względu na porę przełożyłem lekko opublikowanie tego rozdziału, gdyż chciałem dodać go razem z jakimś dłuższym opisem. :)
Jak sami widzicie po raz kolejny wziąłem się za udoskonalanie tej historii zaczynając zupełnie inaczej niż w nieobrobionej wersji.
Jak sami widzicie po raz kolejny wziąłem się za udoskonalanie tej historii zaczynając zupełnie inaczej niż w nieobrobionej wersji.
Możecie porównać jedną i drugą wersję i wypowiedzieć się, co sądzicie o tej zmianie - będę wdzięczny :3
Jak podoba się wam ta czcionka? Chodzi o to, żeby miło i przyjemnie się czytało :)
Jeszcze, gdy obrabiałem ten fragment zauważyłem, że powtarza się w nim imię, którego używam w innym swoim opowiadaniu.
'Liceum Sambridge'
XD
-Mianowicie mam tu na myśli >Adien'a<-
Który jest najlepszym przyjacielem Rex'a z dzieciństwa
<czy raczej był>
Śmieszny zbieg okoliczności, bo szczerze powiedziawszy zapomniałem o tym i zastanawiałem się, gdzie je już słyszałem. XD
(byłem przekonany, że w Tv)
A tu takie cudawianki XD
Nie będę już się rozpisywać:
Napiszcie co sądzicie i do zobaczenia wkrótce
Pozdrawiam
HimeDerHi
<SPIS TREŚCI>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz