wtorek, 31 marca 2020

''JW'' - Rozdział 5 Christ



Rozdział 5



Christ



Leżałem nie ruchomo na plecach, gdy powoli zaczęła wracać do mnie świadomość. Słyszałem szum, który przerywały nie wyraźne słowa niosące się echem.

Mróżąc oczy wpatrywałem się w jasno szary sufit próbując przypomnieć sobie, co robiłem wczoraj, lecz ból głowy skutecznie uniemożliwiał mi skupienie jakichkolwiek myśli.

Ogarniał mnie wówczas dziwny stan, który przypominał mocnego kaca po dobrej imprezie – z tym, że nigdzie wczoraj nie byłem.

Światło wdzierało się przez cienkie brązowo-niebiebieskie zasłony nadając przyjemną atmosferę w środku.

''Pora wstawać.'' - Stwierdziłem, zrzucając z siebie kołdrę i przekręcając się na lewy bok w kierunku dwu drzwiowej, stojącej, bardzo wysokiej szafy z olchy. Drzwiczki były w połowie otwarte, a z wnętrza wychylały się wrzucone bez uprzedniego złożenia koszukli z długim rękawem.

- Ktoś czegoś tu szukał? - Wyszeptałem bardzo cicho analizując sytuację.

Postanowiłem zajrzeć tam by się upewnić, że nic nie zginęło. Szybko przekonałem się jednak, że bezsenownym posunięciem byłoby kraść odzież używaną. To był tylko bałagan, który sam zrobiłem nie sprzątając od conajmniej tygodnia.

Chwyciłem w ręce czyste ubrania, by czym prędzej się wykąpać, kiedy spostrzegłem, że od paru dni chodzę w tych samych ciuchach.

''Jezu... ten zapach mógłby zabić.'' - Westchnąłem ciężko, wkładając wolną rękę do kieszeni spodni.

''Nic!'' - Zmarszczyłem brwi nie znajdując tam tego, czego szukałem.

Nerwowo sprawdzałem wszystkie inne kieszenie, będąc przekonany w stu procentach o tym, że na pewno schowałem to w tych spodniach.

''Ten skurwiel zabrał moje fajki!''

Wkurzony chcicałem, czym prędzej go dorwać i postawić sprawę jasno by oddał mi moją własność, jednak zawroty głowy nie pozwalały mi na zbyt szybkie ruchy. Podpierając się o ścianę odczekałem chwilę zupełnie nie rozumiejąc, czemu czuję się tak jakbym wcale nie spał.

- Frajerze! - Zakrzyknąłem wychodząc z pokoju.

Przeszedłem przez przedpokuj i dotarłem do kuchni. Przekroczyłem próg i od razu dzień zrobił się lepszy.

Zobaczyłem przy stole ojca i matkę siedzących razem i uśmiechnąłem się lekko.

Zupełnie wyleciało mi z głowy, że dziś jest niedziela.

- Cześć. - Powiedziała uśmiechając się ciepło. - Szukasz czegoś?

- Cześć mamo, nie już nic. Mów lepiej co u ciebie słychać? - Wziąłem jedno z krzeseł dosiadając się do nich i odkładając swoje rzeczy na moment na bok.

- Niby było trochę zmian... - Zaczęła z dość smutną miną, którą starała się przed nami ukryć. Mogłbym uwierzyć jej, że jest dobrze, gdybym nie znał jej tak długo. Wiedziałem, że robi wszystko, aby tylko nas nie zmartwić. - ... zmiany w kadrze pracowników, zmniejszyli nam płacę, a w dodatku zmienił się główny prezes naszej firmy.

- Nie zwolnią cie prawda? - Wyrwałem się nagle podnosząc wzrok z podłogi na nią. - Jak mogę pomóc? - Zamilkłem na parę dłuższych sekund, by doznać nagłego olśnienia. - Wiem! Zaczne szukać pracy i wtedy będziesz mogła poszukać innej... lepszej. - Nakręciłem się, że to może się udać.

- Nie przejmuj się tym, nie powinni mnie zwolnić. - Odparła spokojnym tonem głosu, jakby była przekonana, że utrzyma dłużej tą posadę. - Wolałabym byś wrócił do szkoły... na szukanie pracy jeszcze przyjdzie czas.

- Nie ma mowy. Nie mam, po co tam wracać. - Pokręciłem głową od razu wiedząc, że nie ma takiej siły, która ściągnęła by mnie z powrotem do tego edukacyjnego więzienia, gdzie nie mogłem się z nikim dogadać.

Ojciec kończąc posiłek odstawił talerz na bok, podniósł się z siedzenia i rzekł krótko. - Wychodzę. - Sprzeciwu nie było, wszyscy wiedzieliśmy, gdzie idzie jednak nikt go nie zatrzymał.

Zepsuło mi to uczucie normalnej rodziny, które trwało dosłownie przez chwilę. Dawno nie widziałem ich razem, a on tak jakby nigdy nic po prostu wyszedł.

'' Znów coś źle zrobiłem? Czy to moja wina? Może przeze mnie tak się kłócą... w końcu nigdy mnie nie chcieli, byłem tylko głupią wpadką, która na dodatek i teraz nie jest nikim ważnym...'' - Zacisnąłem palce w pięści patrząc w drugą stronę.

- Christ, martwie się o ciebie. - Powiedziała głosem pełnym troski. - Podejdź tu na chwilę.

Złapałem za rękawy mojej za dużej czarno-czerwonej koszuli i miałem tylko nadzieje, że nie zobaczy moich poranionych rąk. Tylko przed nią wstydziłem się tego, co ze sobą robie, zadając sobie ból, bo nie daje sobie rady z tym wszystkim... z życiem.

- Czemu? Ze mną wszystko w porządku. - Zapewniłem wstając z krzesła i podchodząc bliżej.

- Przykro mi, że prawie się nie widujemy. - Wstała i delikatnie mnie przytuliła. - W moich oczach wyglądasz coraz bardziej mizernie... - Z każdym słowem smutek narastał. - Słyszałam o tym, co się wczoraj stało... - Raz za razem przyciskała mnie do siebie mocniej. - Może pora by ojciec znalazł sobie lepszą żonę i zapewnił ci lepszy byt. - Po jej policzkach zaczęły spływać strumienie łez. Przeczesywała moje włosy palcami.

''Jak mogła w ogóle tak pomyśleć...'' - Stałem oszołomiony czując, że zaraz i ja się rozpłaczę. Brzmiało to jakby chciała mnie zostawić, porzucić z tym alkoholikiem.

- Przestań! - Zebrałem w sobie dostatecznie dużo sił by krzyknąć. - Ja cie mamo kocham!

Patrząc na jej twarz całą we łzach serce zaciskało się do tego stopnia, że chcąc nie chcąc nie potrafiłem być silny w tej chwili.

Zapanowała długa cisza, a w tle wciąż słychać było cichnący już płacz.

- Dziękuje... dziękuje... - Powtarzała szepcząc.

''Chciałbym by była w końcu szczęśliwa, by przestała płakać po nocach...

Choć moim największym marzeniem było mieć rodzinę, taką prawdziwą i zwyczajną... Wspólnie siadać do stołu przy obiedzie i wyjeżdżać w odległe miejsca na wakację... lecz było to tylko głupie marzenie, w które już dawno przestałem wierzyć.''

Dźwięk dzwoniącego telefonu przerwał nagle tą wzruszającą chwilę. Hałaśliwy dzwonek wydobywał się zza drzwi mojego pokoju.

- Nie zajmuje ci już więcej czasu. - Puściła mnie, po chwili uśmiechając się szczerze. Chyba po prostu musiała się komuś wygadać, w końcu przez cały tydzień tłumiła w sobie ten cały żal i smutek. - Idź, a ja zajmę się sprzątaniem.

Skinąłem głową idąc do siebie. Przerzuciłem rzeczy z jednej sterty na drugą szukając zagrzebanego, gdzieś tutaj telefonu. Koniec końców okazało się, że leżał pod poduszką i tylko nie potrzebnie zrobiłem jeszcze większy bałagan.

Czarna mała poręczna Nokia czekała z połączeniem.

Na ekranie zawidniał mi numer, którego dawno nie widziałem.

- Halo? - Odebrałem zdziwiony.

- Słuchaj, mam dla ciebie oferte. Byłem zapytać Harrego, czy propozycja pracy u tamtego gościa dalej aktualna. Wiem, że dawno nie dostałeś kieszonkowego, dlatego może jesteś zainteresowany? Żeby sobie dorobić?

- Jaki masz w tym interes? - Zapytałem nie wierząc, że proponował by mi zarobek bez korzyści dla siebie.

- Powiedziałeś, że chcesz znaleźć pracę. Więc zrób z tym, co tylko chcesz. Masz jego numer w wiadomości. Chciałem tylko pomóc...

Nie odpowiedziałem głośno wzdychając do słuchawki.

- Może chociaż usłysze jakieś dziękuje? - Usłyszałem nim postanowiłem się rozłączyć. Nie miałem ochoty z nim rozmawiać, jednak sama wieść, że nie poszedł do kochanki tylko do przyjaciela napawała mnie lepszą energią.

Miałem nadzieję, że on jeszcze może się zmienić, ale nie dawałem na to nie wiadomo jak wielkich szans.

Siedząc na skraju łóżka jeszcze długo gapiłem się w telefon myśląc, o tym co powinienem zrobić. Trafiła mi się szansa, której w głębi duszy nie chciałem przegapić. Okropnie bałem się zadzwonić do tego gościa nie chcąc usłyszeć, że propozycja jest nie aktualna mimo zapewnień mojego staruszka.

Stanąłem przed okropnym dylematem, bo chciałem wreszcie spędzić trochę czasu ze swoją mamą, a z drugiej strony pragnienie własnych pieniędzy było zbyt silne.

''Jestem okropny...'' - Skarciłem się w myślach zaciskając usta w cienką linie.

Wcisnąłem małą białą koperte na ekranie i zawiesiłem palec nad podświetlającym się na niebiesko numerem.

''Nie mogę!'' - Odwróciłem wzrok patrząc przez uchylone drzwi, za którymi widziałem jak zmęczona życiem kobieta sprząta butelki po wódce z podłogi.

Zablokowałem komórkę odkładając ją na bok. Wstając zabrałem czyste ciuchy, z którymi już tak wędrowałem od rana i oznajmiłem głośno.

- Idę się kąpać. Chcesz wejść jeszcze po coś do łazienki?

- Nie, nie. - Odparła wrzucając śmieci do przezroczystego czarnego wora. - Mam wszystko pod ręką.

- Dobrze. - Mruknąłem przechodząc do łazienki.

Zamknąłem drzwi za sobą na cztery spusty górnym i dolnym zamkiem, nie zastanawiając się nawet po co nam tyle zabezpieczeń tutaj.

Wolno zacząłem zdejmować z siebie koszulę, zasłaniając przy tym oczy jedną ręką, a wszystko po to by nie spojrzeć w lustro. Następne były spodnie, których bardzo szybko pozbyłem się ze swojego tyłka. Razem z majtkami wszystko trafiło do pralki.

Połowa mojego ciała zaczynająca się od pasa w zwyż wyglądała... sam nawet nie miałem odpowiedniego określenia na to by dobrze to opisać. Blizny po obu stronach rąk, krzyżujące się z jeszcze świerzymi ranami wykonanymi nożem po ciemku. Klatka piersiowa też nie była wcale tak czysta, podobnie jak plecy i brzuch. Tygrysie paski, które kochałem zarazem ich nienawidząc. Poruszając się czułem każdą najdrobniejszą rysę, co było dość irytujące, a zarazem tak podniecające.

Nalałem letniej wody do wanny i nie czekając wszedłem do środka.

Usiadłem najwolniej jak tylko potrafiłem. Uszkodzona skóra reagowała bardzo źle, z każdym cieplejszym płynem.

Odchyliłem lekko głowe do tyłu, a przez zaciśnięte zęby wydobyło się ciche syknięcie. Przesunąłem się kawałek do przodu, po czym łapiąc za boczne krawędzie wanny zacząłem odchylać się do tyłu. Nie minęła chwila, a ja już leżałem. Wody było tak dużo, że spokojnie mogłem zanurkować pod jej taflą.

Wstrzymując oddech zanurzyłem się cały. Obraz z tej perspektywy wyglądał całkiem interesująco. Bomble uciekały z moich ust jeden po drugim kierując się ku górze, pękając przy zderzeniu z powierzchnią. Było ich coraz mniej, aż w końcu skończyło się powietrze.

'' Raz... dwa... trzy... cztery... '' - Liczyłem w myślach, aż w końcu ciemne punkciki weszły mi na oczy. Dziwne uczucie zmusiło mnie do wynurzenia się. Tak też postąpiłem siadając.

Pierwszy oddech był głęboki i szybki, a za nim kilka podobnych.

'' Byłem tak blisko... '' - Przeszła mnie krótka myśl.

'' Ale blisko czego? '' - Położyłem obie dłonie na twarzy.

'' Jestem idiotą. '' - Westchnąłem głęboko chwilę zostając w tej pozycji.

Wstałem dopiero, gdy stwierdziłem, że już wszystko ze mną wporządku.

Recznik leżał nie daleko, więc chwytając go wytarłem się porządnie. Podniosłem ciuchy z ziemi i ubrałem się zostawiając na sam koniec suszenie włosów.

Kilkukrotnie przecierając kudły zorientowałem się, że są prawie suche.

- Mamo. - Zacząłem nie pewnie wchodząc do przedpokoju. - Będziesz zła jak wyjdę do Matysa?

- Hmm.. nie, dlaczego miałabym być zła? Odbierz tylko jak będę dzwoniła i nie wracaj za późno.

- Okej. - Odpowiedziałem zakładając buty. - Nie przemęczaj się zbytnio, jak wrócę to ci pomogę. - Dodałem na odchodne, po czym wyszedłem z domu.

Wciąż się wahałem i targało mną ogromne poczucie winy, bo byłem perfidnym kłamcą nawet w stosunku do bliskich mi osób.

Opuszczając klatkę schodową skontaktowałem się jeszcze z moim łysym koleszką prosząc, go o to by nie pokazywał się dziś w mojej okolicy. Mój plan był idealny, oczywiście zgodził się mnie kryć mówiąc jedynie, że będe wisiał mu przysługę.

Odszedłem jeszcze spory kawałek od kamienicy, w której mieszkałem by mieć pewność, że nikt mnie nie usłyszy.

Stanąłem pod równoległym blokiem za rogiem i po raz kolejny wcisnąłem kopertę zawierającą SMS'y.

''Po prostu to zrób! A kiedy skończysz to zaskoczysz ją prezentem... '' - Usprawiedliwiałem swoje postępowanie wmawiając sobie, że robie to właśnie dla niej.

Kliknąłem na numer cały przy tym drżąc, jakbym wiedział, że będzie to miało jakieś swoje skutki uboczne.

Serce dudniło jakby miło wypaść przez żebra, kiedy w uszach dźwięczał mi sygnał połączenia.

Nikt nie odbierał i już miała odpowiedzieć mi miła pani sekretarka.

'' Ej! Czekaj... skąd ja mam środki na koncie?'' - Przeszła mnie myśl, kiedy niespodziewanie usłyszałem prawdziwie męski głos w słuchawce.

- Słycham?

- ... - Przestraszony nie mogłem wydusić z siebie nawet słowa.

- Słucham?! - Powtórzył głośniej nie znajomy.

- Przepraszam... - Powiedziałem krótko orientując się, że to pojedyncze słowo zabrzmiało naprawdę głupio z towarzyszącą mu przerwą ciszy. Musiałem powiedzieć szybko coś więcej. - Ja dzwonie w sprawie pracy...

- Aaa... już myślałem, że ktoś robi sobie jakieś głupie żarty. - Zaśmiał się donośnie, po czym dodał. - Więc ile masz lat dzieciaku? I skąd w ogóle wiesz o tym ogłoszeniu?

- Siedemnaście. - Powiedziałem nie wiedząc, czy przyjmie kogoś kto nie jest jeszcze pełnoletni. - Dowiedziałem się od starszego kolegi...

- Czemu więc dzieciak w twoim wieku nie uczy się do szkoły? - Zapytał najwyraźniej chcąc wyczuć całą sytuację.

- Nie chodzę do szkoły. - Mruknąłem bardzo cicho.

- Niech zgadne, jesteś ze strefy B lub C?

- Czym jest ten dziwny podział? - Odpowiedziałem kompletnie nie rozumiejąc, o czym mówi.

- Ah. Wybacz tylko cie sprawdzałem. My tutaj w bogatej dzielnicy używamy takich określeń na pozostałą część okolicy. Chodziło mi o to, że nie jesteś jednym z nas, prawda?

- Prawda. - Zgodziłem się z nim, czekając na jakąś decyzję.

- Dobrze. - Rzucił luźno, by za moment kontynuować. - Opisz więc, gdzie mieszkasz to podstawie po ciebie swojego kierowce.

Zastanawiałem się dłuższą chwilę, bo brzmiało to conajmniej podejrzanie.

''Chyba nie chce mnie wykorzystać... '' - Przez głowę przeszła bardzo niepokojąca myśl. - ''Nie bój się... w razie czego uciekniesz...'' - Motywowałem sam siebie.

- Więc? - Mężczyzna zdawał sie niecierpliwić, a ja wolałem nie wiedzieć jakie obowiązki mi powierzy.

- Mieszkam przy północnej granicy z lasem.

- Świetnie. Podejdź do tej granicy i poczekaj tam na żółtego-czarnego mustanga. Z pewnością go zauważysz.

- Dobrze...

Rozmowa dobiegła końca, a ja czułem się z lekka zmieszany idąc w wyznaczone miejsce.

Miałem pewne obawy, że tak naprawdę nikt się nie pojawi i sam właściciel tak luksusowego samochodu będzie śmiał się ze mnie do rozpuku w swoim wygodnym fotelu.

Minęło pierwsze dziesięć minut, lecz wiedziałem, że przemieszczenie się z tamtej strony tutaj zajmie z dobre pół godziny.

Telefon zawibrował w mojej dłoni, przez co prawie bym go upuścił.

Dostałem krótką wiadomość, o następującej treści:

''Obyś był czysty''

Zastanawiałem się, co też może to oznaczać. Wszystko kojarzyło mi się tylko z jednym, ale nie wpadałem jeszcze w niepotrzebną panikę.

''Czy ojciec byłby zdolny sprzedać moje ciało?''

''To nie może być to, o czym myślę! To na pewno nie jest seksualna propozycja...''

Mocno zaciskałem palce w pięści czekając w niepewności.



* * *



Tkwiąc nie ruchomo w jednym punkcie obserwowałem swoje otoczenie. Wolałem by nikt nie widział mnie, jak wsiadam do tego auta, bo ludzie stąd mogli by źle to odebrać. Zwiastowało by to wiele problemów i przemocy względem całej mojej rodziny.

''Co ja najlepszego zrobiłem... ''

''Po co tu przylazłem!''

Strach stawał się nie do zniesienia, kiedy nagle kątem oka spostrzegłem opisany przez tego faceta żółty samochód.

Uchyliłem usta ze zdziwienia, nigdy w życiu nie widząc niczego piękniejszego.

Prędko pobiegłem do stojącego w miejscu mustanga, by czym prędzej znaleźć się w środku, nie chcąc przykuwać jeszcze więcej nie potrzebnej uwagi.

Boczna przyciemniana szyba zsunęła się do połowy, nie ujawniając tożsamości kierowcy.

- To ty? - Mruknął męski głos, który różnił się barwą od tego słyszanego w słuchawce telefonu.

- Tak. - Odparłem instynktownie, bez zastanowienia pochylając głowę by znajomi z osiedla nie mogli mnie rozpoznać.

- Zapraszam więc do środka. Usiądź tam, gdzie leżą ręczniki. - Powiedział chłodno nawet nie odwracając głowy w moją stronę.

Zrobiłem jak kazał i chwilę później siedziałem już wewnątrz tej potężnej machiny.

Silnik zawarczał, niczym tygrys, jednocześnie wydobywając stłumiony nie przesadnie głośny odgłos.

Zacząłem swoją podróż mając mocne poczucie, że nie wrócę z tego w jednym kawałku.

Nie pomyślałem nawet wcześniej o tym, że mogłem paść ofiarą jakiegoś przestępstwa i możliwe było, by mój pracodawca sprzedawał organy osób z biedniejszych okolic, bo policja i tak by ich nie szukała.

Wzdrygnąłem się na tak paskudną myśl, która byłaby najgorszym ze scenariuszy, choć mogłem po prostu trochę przesadać z osądzaniem tej osoby.

Unosząc wzrok rzuciłem okiem na lekko bujającą się małą fioletową choinkę zawieszoną na wstecznym lusterku z przodu, w którym widziałem także siebie. Oddychając czułem przyjemny zapach świeżości, czy też lawendy.

Chciałem jakoś zagadać do pana siedzącego przede mną, ale ten wciąż milczał, jakby nie płacili mu za rozmowy z przypadkowymi pasażerami.

Atmosfera była raczej ciężkostrawna, ale nie mogłem nic na to poradzić mając tak kiepskie podstarzałe towarzystwo.

Nudziłem się póki nie wyjechaliśmy z lasu, który dobrze znałem. Moją uwagę przykuły dopiero nieskazitelne budowle po drugiej stronie jeziora – w tej ''bogatej strefie''.

Wszystkie domy, były tu naprawdę ogromne zapierając dech w piersiach, jakbym znalazł się w zupełnie innej rzeczywistości.

Przyklejając się do szyby nie mogłem w to uwierzyć, jednocześnie czując ogromną szarpiącą moimi emocjami zazdrość, kiedy spoglądałem na rodziny jak z obrazka spędzające razem czas na dworze.

Zastanawiałem się, dlaczego tylko ja utknąłem w tak okrutnym świecie.

''To nie sprawiedliwe...'' - Musiałem zaprzestać prowadzenia obserwacji ze względu na własne bezpieczeństwo, ale nie dlatego, że ktoś mógł mnie zobaczyć, bo to było nie możliwe biorąc pod uwagę przyciemniane szyby oddzielające mnie od tej wyidealizowanej przestrzeni. Poczucie niższości sprawiało, że zapragnąłem jakoś sobie ulżyć, jednak nie mogłem zrobić tego tutaj w samochodzie, bo z pewnością zostałbym wyrzucony. Nie widuje się takich rzeczy na codzień i jest to z lekka nienormalne, by ktoś świadomie robił sobie krzywdę.

Zaciskając zęby chciałem zmienić kierunek własnych myśli, wtedy z rytmu tych skrajności wybił mnie nie zbyt przyjaźnie brzmiący głos.

- To tutaj.

Słysząc tę wspaniałą wieść, że już jesteśmy, nie czekając na żadne specjalne zaproszenie, podniosłem się energicznie z fotela. Wysokczyłem z auta dziękując temu gburowi za podwózkę, by zostać chociaż dobrze zapamiętanym.

Odwracając się od niego zamarłem przez chwilę w totalnym bezruchu widząc ogromną działkę, na której mieścił się luksusowy dom jednorodzinny. Ścieżka od samych drzwi aż do elektrycznej bramy wjazdowej wyłożona była oliwkową kostką brukową. W kilku miejscach znajdowały się ruchome kamery, brakowało jedynie jakiegoś groźnego psa obronnego, a byłoby prawie jak w filmie.

Podwórze było częściowo zalesione dostojnymi brzózkami oraz innymi iglastymi drzewami. Centralną cześć stanowił jednak sam ogród wypełniony po brzegi: tulipanami, hiacyntami, krokusami i żonkilami. Kwiaty posadzone były wokół białej drewnianej altany stojącej po środku.

Nie pewnie zadzwoniłem dzwonkiem zawieszonym przy furtce, widząc od razu jak ktoś wychodzi z podwójnie dzielonego garażu, który pomieścić by mógł conajmniej dwa samochody i kilka innych mniejszych środków transportu.

Przełknąłem głośno ślinę przyglądając się uważnie mężczyźnie, który wyglądem przypominał prezesa jakiejś firmy.

Podszedł do mnie odziany w granatowy dobrze dopasowany garnitur, nawet jego fryzura była bez skazy – nie wyglądał na zwykłego człowieka, a bardiej na kogoś z wyższych sfer. Jasno brązowe włosy zaczesane były do tyłu trzymając się najprawdopodobniej na lakierze, a jego twarz pozbawiona była jakiejkolwiek emocji.







* * *



(Dziękuję za przeczytanie :3 to by było już wszystko na ten moment :D Mordowałem ten fragment przez trzy dni - mam nadzieję, że wyszedł chociaż przyzwoicie :>

~ jak myślicie, jaka to może być praca?

~ Co sami byście zrobili w takiej sytuacji, chcąc zarobić?

~ Czy wsiedlibyście do mustanga? xD Z kompletnie obcym starym dziadem? XDDD

~ Czy było coś, co was poruszyło w tym rozdziale? :o



Rozdzieliłem ten rozdział na dwie części, więc wszystkie odpowiedzi odnośnie robocizny Christ'a znajdziecie niebawem w uzupełniającym fragmencie ;)

Pozdrawiam

HimeDerHi


<POPRZEDNI ROZDZIAŁ

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz