Rozdział
5
Christ
Leżałem
nie ruchomo na plecach, gdy powoli zaczęła wracać do mnie
świadomość. Słyszałem szum, który przerywały nie wyraźne
słowa niosące się echem.
Mróżąc
oczy wpatrywałem się w jasno szary sufit próbując przypomnieć
sobie, co robiłem wczoraj, lecz ból głowy skutecznie uniemożliwiał
mi skupienie jakichkolwiek myśli.
Ogarniał
mnie wówczas dziwny stan, który przypominał mocnego kaca po dobrej
imprezie – z tym, że nigdzie wczoraj nie byłem.
Światło
wdzierało się przez cienkie brązowo-niebiebieskie zasłony nadając
przyjemną atmosferę w środku.
''Pora
wstawać.'' - Stwierdziłem, zrzucając z siebie kołdrę i
przekręcając się na lewy bok w kierunku dwu drzwiowej, stojącej,
bardzo wysokiej szafy z olchy. Drzwiczki były w połowie otwarte, a
z wnętrza wychylały się wrzucone bez uprzedniego złożenia
koszukli z długim rękawem.
-
Ktoś czegoś tu szukał? - Wyszeptałem bardzo cicho analizując
sytuację.
Postanowiłem
zajrzeć tam by się upewnić, że nic nie zginęło. Szybko
przekonałem się jednak, że bezsenownym posunięciem byłoby kraść
odzież używaną. To był tylko bałagan, który sam zrobiłem nie
sprzątając od conajmniej tygodnia.
Chwyciłem
w ręce czyste ubrania, by czym prędzej się wykąpać, kiedy
spostrzegłem, że od paru dni chodzę w tych samych ciuchach.
''Jezu...
ten zapach mógłby zabić.'' - Westchnąłem ciężko, wkładając
wolną rękę do kieszeni spodni.
''Nic!''
- Zmarszczyłem brwi nie znajdując tam tego, czego szukałem.
Nerwowo
sprawdzałem wszystkie inne kieszenie, będąc przekonany w stu
procentach o tym, że na pewno schowałem to w tych spodniach.
''Ten
skurwiel zabrał moje fajki!''
Wkurzony
chcicałem, czym prędzej go dorwać i postawić sprawę jasno by
oddał mi moją własność, jednak zawroty głowy nie pozwalały mi
na zbyt szybkie ruchy. Podpierając się o ścianę odczekałem
chwilę zupełnie nie rozumiejąc, czemu czuję się tak jakbym wcale
nie spał.
-
Frajerze! - Zakrzyknąłem wychodząc z pokoju.
Przeszedłem
przez przedpokuj i dotarłem do kuchni. Przekroczyłem próg i od
razu dzień zrobił się lepszy.
Zobaczyłem
przy stole ojca i matkę siedzących razem i uśmiechnąłem się
lekko.
Zupełnie
wyleciało mi z głowy, że dziś jest niedziela.
-
Cześć. - Powiedziała uśmiechając się ciepło. - Szukasz czegoś?
-
Cześć mamo, nie już nic. Mów lepiej co u ciebie słychać? -
Wziąłem jedno z krzeseł dosiadając się do nich i odkładając
swoje rzeczy na moment na bok.
-
Niby było trochę zmian... - Zaczęła z dość smutną miną, którą
starała się przed nami ukryć. Mogłbym uwierzyć jej, że jest
dobrze, gdybym nie znał jej tak długo. Wiedziałem, że robi
wszystko, aby tylko nas nie zmartwić. - ... zmiany w kadrze
pracowników, zmniejszyli nam płacę, a w dodatku zmienił się
główny prezes naszej firmy.
-
Nie zwolnią cie prawda? - Wyrwałem się nagle podnosząc wzrok z
podłogi na nią. - Jak mogę pomóc? - Zamilkłem na parę dłuższych
sekund, by doznać nagłego olśnienia. - Wiem! Zaczne szukać pracy
i wtedy będziesz mogła poszukać innej... lepszej. - Nakręciłem
się, że to może się udać.
-
Nie przejmuj się tym, nie powinni mnie zwolnić. - Odparła
spokojnym tonem głosu, jakby była przekonana, że utrzyma dłużej
tą posadę. - Wolałabym byś wrócił do szkoły... na szukanie
pracy jeszcze przyjdzie czas.
-
Nie ma mowy. Nie mam, po co tam wracać. - Pokręciłem głową od
razu wiedząc, że nie ma takiej siły, która ściągnęła by mnie
z powrotem do tego edukacyjnego więzienia, gdzie nie mogłem się z
nikim dogadać.
Ojciec
kończąc posiłek odstawił talerz na bok, podniósł się z
siedzenia i rzekł krótko. - Wychodzę. - Sprzeciwu nie było,
wszyscy wiedzieliśmy, gdzie idzie jednak nikt go nie zatrzymał.
Zepsuło
mi to uczucie normalnej rodziny, które trwało dosłownie przez
chwilę. Dawno nie widziałem ich razem, a on tak jakby nigdy nic po
prostu wyszedł.
''
Znów coś źle zrobiłem? Czy to moja wina? Może przeze mnie tak
się kłócą... w końcu nigdy mnie nie chcieli, byłem tylko głupią
wpadką, która na dodatek i teraz nie jest nikim ważnym...'' -
Zacisnąłem palce w pięści patrząc w drugą stronę.
-
Christ, martwie się o ciebie. - Powiedziała głosem pełnym troski.
- Podejdź tu na chwilę.
Złapałem
za rękawy mojej za dużej czarno-czerwonej koszuli i miałem tylko
nadzieje, że nie zobaczy moich poranionych rąk. Tylko przed nią
wstydziłem się tego, co ze sobą robie, zadając sobie ból, bo nie
daje sobie rady z tym wszystkim... z życiem.
-
Czemu? Ze mną wszystko w porządku. - Zapewniłem wstając z krzesła
i podchodząc bliżej.
-
Przykro mi, że prawie się nie widujemy. - Wstała i delikatnie mnie
przytuliła. - W moich oczach wyglądasz coraz bardziej mizernie... -
Z każdym słowem smutek narastał. - Słyszałam o tym, co się
wczoraj stało... - Raz za razem przyciskała mnie do siebie mocniej.
- Może pora by ojciec znalazł sobie lepszą żonę i zapewnił ci
lepszy byt. - Po jej policzkach zaczęły spływać strumienie łez.
Przeczesywała moje włosy palcami.
''Jak
mogła w ogóle tak pomyśleć...'' - Stałem oszołomiony czując,
że zaraz i ja się rozpłaczę. Brzmiało to jakby chciała mnie
zostawić, porzucić z tym alkoholikiem.
-
Przestań! - Zebrałem w sobie dostatecznie dużo sił by krzyknąć.
- Ja cie mamo kocham!
Patrząc
na jej twarz całą we łzach serce zaciskało się do tego stopnia,
że chcąc nie chcąc nie potrafiłem być silny w tej chwili.
Zapanowała
długa cisza, a w tle wciąż słychać było cichnący już płacz.
-
Dziękuje... dziękuje... - Powtarzała szepcząc.
''Chciałbym
by była w końcu szczęśliwa, by przestała płakać po nocach...
Choć
moim największym marzeniem było mieć rodzinę, taką prawdziwą i
zwyczajną... Wspólnie siadać do stołu przy obiedzie i wyjeżdżać
w odległe miejsca na wakację... lecz było to tylko głupie
marzenie, w które już dawno przestałem wierzyć.''
Dźwięk
dzwoniącego telefonu przerwał nagle tą wzruszającą chwilę.
Hałaśliwy dzwonek wydobywał się zza drzwi mojego pokoju.
-
Nie zajmuje ci już więcej czasu. - Puściła mnie, po chwili
uśmiechając się szczerze. Chyba po prostu musiała się komuś
wygadać, w końcu przez cały tydzień tłumiła w sobie ten cały
żal i smutek. - Idź, a ja zajmę się sprzątaniem.
Skinąłem
głową idąc do siebie. Przerzuciłem rzeczy z jednej sterty na
drugą szukając zagrzebanego, gdzieś tutaj telefonu. Koniec końców
okazało się, że leżał pod poduszką i tylko nie potrzebnie
zrobiłem jeszcze większy bałagan.
Czarna
mała poręczna Nokia czekała z połączeniem.
Na
ekranie zawidniał mi numer, którego dawno nie widziałem.
-
Halo? - Odebrałem zdziwiony.
-
Słuchaj, mam dla ciebie oferte. Byłem zapytać Harrego, czy
propozycja pracy u tamtego gościa dalej aktualna. Wiem, że dawno
nie dostałeś kieszonkowego, dlatego może jesteś zainteresowany?
Żeby sobie dorobić?
-
Jaki masz w tym interes? - Zapytałem nie wierząc, że proponował
by mi zarobek bez korzyści dla siebie.
-
Powiedziałeś, że chcesz znaleźć pracę. Więc zrób z tym, co
tylko chcesz. Masz jego numer w wiadomości. Chciałem tylko pomóc...
Nie
odpowiedziałem głośno wzdychając do słuchawki.
-
Może chociaż usłysze jakieś dziękuje? - Usłyszałem nim
postanowiłem się rozłączyć. Nie miałem ochoty z nim rozmawiać,
jednak sama wieść, że nie poszedł do kochanki tylko do
przyjaciela napawała mnie lepszą energią.
Miałem
nadzieję, że on jeszcze może się zmienić, ale nie dawałem na to
nie wiadomo jak wielkich szans.
Siedząc
na skraju łóżka jeszcze długo gapiłem się w telefon myśląc, o
tym co powinienem zrobić. Trafiła mi się szansa, której w głębi
duszy nie chciałem przegapić. Okropnie bałem się zadzwonić do
tego gościa nie chcąc usłyszeć, że propozycja jest nie aktualna
mimo zapewnień mojego staruszka.
Stanąłem
przed okropnym dylematem, bo chciałem wreszcie spędzić trochę
czasu ze swoją mamą, a z drugiej strony pragnienie własnych
pieniędzy było zbyt silne.
''Jestem
okropny...'' - Skarciłem się w myślach zaciskając usta w cienką
linie.
Wcisnąłem
małą białą koperte na ekranie i zawiesiłem palec nad
podświetlającym się na niebiesko numerem.
''Nie
mogę!'' - Odwróciłem wzrok patrząc przez uchylone drzwi, za
którymi widziałem jak zmęczona życiem kobieta sprząta butelki po
wódce z podłogi.
Zablokowałem
komórkę odkładając ją na bok. Wstając zabrałem czyste ciuchy,
z którymi już tak wędrowałem od rana i oznajmiłem głośno.
-
Idę się kąpać. Chcesz wejść jeszcze po coś do łazienki?
-
Nie, nie. - Odparła wrzucając śmieci do przezroczystego czarnego
wora. - Mam wszystko pod ręką.
-
Dobrze. - Mruknąłem przechodząc do łazienki.
Zamknąłem
drzwi za sobą na cztery spusty górnym i dolnym zamkiem, nie
zastanawiając się nawet po co nam tyle zabezpieczeń tutaj.
Wolno
zacząłem zdejmować z siebie koszulę, zasłaniając przy tym oczy
jedną ręką, a wszystko po to by nie spojrzeć w lustro. Następne
były spodnie, których bardzo szybko pozbyłem się ze swojego
tyłka. Razem z majtkami wszystko trafiło do pralki.
Połowa
mojego ciała zaczynająca się od pasa w zwyż wyglądała... sam
nawet nie miałem odpowiedniego określenia na to by dobrze to
opisać. Blizny po obu stronach rąk, krzyżujące się z jeszcze
świerzymi ranami wykonanymi nożem po ciemku. Klatka piersiowa też
nie była wcale tak czysta, podobnie jak plecy i brzuch. Tygrysie
paski, które kochałem zarazem ich nienawidząc. Poruszając się
czułem każdą najdrobniejszą rysę, co było dość irytujące, a
zarazem tak podniecające.
Nalałem
letniej wody do wanny i nie czekając wszedłem do środka.
Usiadłem
najwolniej jak tylko potrafiłem. Uszkodzona skóra reagowała bardzo
źle, z każdym cieplejszym płynem.
Odchyliłem
lekko głowe do tyłu, a przez zaciśnięte zęby wydobyło się
ciche syknięcie. Przesunąłem się kawałek do przodu, po czym
łapiąc za boczne krawędzie wanny zacząłem odchylać się do
tyłu. Nie minęła chwila, a ja już leżałem. Wody było tak dużo,
że spokojnie mogłem zanurkować pod jej taflą.
Wstrzymując
oddech zanurzyłem się cały. Obraz z tej perspektywy wyglądał
całkiem interesująco. Bomble uciekały z moich ust jeden po drugim
kierując się ku górze, pękając przy zderzeniu z powierzchnią.
Było ich coraz mniej, aż w końcu skończyło się powietrze.
''
Raz... dwa... trzy... cztery... '' - Liczyłem w myślach, aż w
końcu ciemne punkciki weszły mi na oczy. Dziwne uczucie zmusiło
mnie do wynurzenia się. Tak też postąpiłem siadając.
Pierwszy
oddech był głęboki i szybki, a za nim kilka podobnych.
''
Byłem tak blisko... '' - Przeszła mnie krótka myśl.
''
Ale blisko czego? '' - Położyłem obie dłonie na twarzy.
''
Jestem idiotą. '' - Westchnąłem głęboko chwilę zostając w tej
pozycji.
Wstałem
dopiero, gdy stwierdziłem, że już wszystko ze mną wporządku.
Recznik
leżał nie daleko, więc chwytając go wytarłem się porządnie.
Podniosłem ciuchy z ziemi i ubrałem się zostawiając na sam koniec
suszenie włosów.
Kilkukrotnie
przecierając kudły zorientowałem się, że są prawie suche.
-
Mamo. - Zacząłem nie pewnie wchodząc do przedpokoju. - Będziesz
zła jak wyjdę do Matysa?
-
Hmm.. nie, dlaczego miałabym być zła? Odbierz tylko jak będę
dzwoniła i nie wracaj za późno.
-
Okej. - Odpowiedziałem zakładając buty. - Nie przemęczaj się
zbytnio, jak wrócę to ci pomogę. - Dodałem na odchodne, po czym
wyszedłem z domu.
Wciąż
się wahałem i targało mną ogromne poczucie winy, bo byłem
perfidnym kłamcą nawet w stosunku do bliskich mi osób.
Opuszczając
klatkę schodową skontaktowałem się jeszcze z moim łysym koleszką
prosząc, go o to by nie pokazywał się dziś w mojej okolicy. Mój
plan był idealny, oczywiście zgodził się mnie kryć mówiąc
jedynie, że będe wisiał mu przysługę.
Odszedłem
jeszcze spory kawałek od kamienicy, w której mieszkałem by mieć
pewność, że nikt mnie nie usłyszy.
Stanąłem
pod równoległym blokiem za rogiem i po raz kolejny wcisnąłem
kopertę zawierającą SMS'y.
''Po
prostu to zrób! A kiedy skończysz to zaskoczysz ją prezentem... ''
- Usprawiedliwiałem swoje postępowanie wmawiając sobie, że robie
to właśnie dla niej.
Kliknąłem
na numer cały przy tym drżąc, jakbym wiedział, że będzie to
miało jakieś swoje skutki uboczne.
Serce
dudniło jakby miło wypaść przez żebra, kiedy w uszach dźwięczał
mi sygnał połączenia.
Nikt
nie odbierał i już miała odpowiedzieć mi miła pani sekretarka.
''
Ej! Czekaj... skąd ja mam środki na koncie?'' - Przeszła mnie
myśl, kiedy niespodziewanie usłyszałem prawdziwie męski głos w
słuchawce.
-
Słycham?
-
... - Przestraszony nie mogłem wydusić z siebie nawet słowa.
-
Słucham?! - Powtórzył głośniej nie znajomy.
-
Przepraszam... - Powiedziałem krótko orientując się, że to
pojedyncze słowo zabrzmiało naprawdę głupio z towarzyszącą mu
przerwą ciszy. Musiałem powiedzieć szybko coś więcej. - Ja
dzwonie w sprawie pracy...
-
Aaa... już myślałem, że ktoś robi sobie jakieś głupie żarty.
- Zaśmiał się donośnie, po czym dodał. - Więc ile masz lat
dzieciaku? I skąd w ogóle wiesz o tym ogłoszeniu?
-
Siedemnaście. - Powiedziałem nie wiedząc, czy przyjmie kogoś kto
nie jest jeszcze pełnoletni. - Dowiedziałem się od starszego
kolegi...
-
Czemu więc dzieciak w twoim wieku nie uczy się do szkoły? -
Zapytał najwyraźniej chcąc wyczuć całą sytuację.
-
Nie chodzę do szkoły. - Mruknąłem bardzo cicho.
-
Niech zgadne, jesteś ze strefy B lub C?
-
Czym jest ten dziwny podział? - Odpowiedziałem kompletnie nie
rozumiejąc, o czym mówi.
-
Ah. Wybacz tylko cie sprawdzałem. My tutaj w bogatej dzielnicy
używamy takich określeń na pozostałą część okolicy. Chodziło
mi o to, że nie jesteś jednym z nas, prawda?
-
Prawda. - Zgodziłem się z nim, czekając na jakąś decyzję.
-
Dobrze. - Rzucił luźno, by za moment kontynuować. - Opisz więc,
gdzie mieszkasz to podstawie po ciebie swojego kierowce.
Zastanawiałem
się dłuższą chwilę, bo brzmiało to conajmniej podejrzanie.
''Chyba
nie chce mnie wykorzystać... '' - Przez głowę przeszła bardzo
niepokojąca myśl. - ''Nie bój się... w razie czego
uciekniesz...'' - Motywowałem sam siebie.
-
Więc? - Mężczyzna zdawał sie niecierpliwić, a ja wolałem nie
wiedzieć jakie obowiązki mi powierzy.
-
Mieszkam przy północnej granicy z lasem.
-
Świetnie. Podejdź do tej granicy i poczekaj tam na żółtego-czarnego
mustanga. Z pewnością go zauważysz.
-
Dobrze...
Rozmowa
dobiegła końca, a ja czułem się z lekka zmieszany idąc w
wyznaczone miejsce.
Miałem
pewne obawy, że tak naprawdę nikt się nie pojawi i sam właściciel
tak luksusowego samochodu będzie śmiał się ze mnie do rozpuku w
swoim wygodnym fotelu.
Minęło
pierwsze dziesięć minut, lecz wiedziałem, że przemieszczenie się
z tamtej strony tutaj zajmie z dobre pół godziny.
Telefon
zawibrował w mojej dłoni, przez co prawie bym go upuścił.
Dostałem
krótką wiadomość, o następującej treści:
''Obyś
był czysty''
Zastanawiałem
się, co też może to oznaczać. Wszystko kojarzyło mi się tylko z
jednym, ale nie wpadałem jeszcze w niepotrzebną panikę.
''Czy
ojciec byłby zdolny sprzedać moje ciało?''
''To
nie może być to, o czym myślę! To na pewno nie jest seksualna
propozycja...''
Mocno
zaciskałem palce w pięści czekając w niepewności.
*
* *
Tkwiąc
nie ruchomo w jednym punkcie obserwowałem swoje otoczenie. Wolałem
by nikt nie widział mnie, jak wsiadam do tego auta, bo ludzie stąd
mogli by źle to odebrać. Zwiastowało by to wiele problemów i
przemocy względem całej mojej rodziny.
''Co
ja najlepszego zrobiłem... ''
''Po
co tu przylazłem!''
Strach
stawał się nie do zniesienia, kiedy nagle kątem oka spostrzegłem
opisany przez tego faceta żółty samochód.
Uchyliłem
usta ze zdziwienia, nigdy w życiu nie widząc niczego piękniejszego.
Prędko
pobiegłem do stojącego w miejscu mustanga, by czym prędzej znaleźć
się w środku, nie chcąc przykuwać jeszcze więcej nie potrzebnej
uwagi.
Boczna
przyciemniana szyba zsunęła się do połowy, nie ujawniając
tożsamości kierowcy.
-
To ty? - Mruknął męski głos, który różnił się barwą od tego
słyszanego w słuchawce telefonu.
-
Tak. - Odparłem instynktownie, bez zastanowienia pochylając głowę
by znajomi z osiedla nie mogli mnie rozpoznać.
-
Zapraszam więc do środka. Usiądź tam, gdzie leżą ręczniki. -
Powiedział chłodno nawet nie odwracając głowy w moją stronę.
Zrobiłem
jak kazał i chwilę później siedziałem już wewnątrz tej
potężnej machiny.
Silnik
zawarczał, niczym tygrys, jednocześnie wydobywając stłumiony nie
przesadnie głośny odgłos.
Zacząłem
swoją podróż mając mocne poczucie, że nie wrócę z tego w
jednym kawałku.
Nie
pomyślałem nawet wcześniej o tym, że mogłem paść ofiarą
jakiegoś przestępstwa i możliwe było, by mój pracodawca
sprzedawał organy osób z biedniejszych okolic, bo policja i tak by
ich nie szukała.
Wzdrygnąłem
się na tak paskudną myśl, która byłaby najgorszym ze
scenariuszy, choć mogłem po prostu trochę przesadać z osądzaniem
tej osoby.
Unosząc
wzrok rzuciłem okiem na lekko bujającą się małą fioletową
choinkę zawieszoną na wstecznym lusterku z przodu, w którym
widziałem także siebie. Oddychając czułem przyjemny zapach
świeżości, czy też lawendy.
Chciałem
jakoś zagadać do pana siedzącego przede mną, ale ten wciąż
milczał, jakby nie płacili mu za rozmowy z przypadkowymi
pasażerami.
Atmosfera
była raczej ciężkostrawna, ale nie mogłem nic na to poradzić
mając tak kiepskie podstarzałe towarzystwo.
Nudziłem
się póki nie wyjechaliśmy z lasu, który dobrze znałem. Moją
uwagę przykuły dopiero nieskazitelne budowle po drugiej stronie
jeziora – w tej ''bogatej strefie''.
Wszystkie
domy, były tu naprawdę ogromne zapierając dech w piersiach, jakbym
znalazł się w zupełnie innej rzeczywistości.
Przyklejając
się do szyby nie mogłem w to uwierzyć, jednocześnie czując
ogromną szarpiącą moimi emocjami zazdrość, kiedy spoglądałem
na rodziny jak z obrazka spędzające razem czas na dworze.
Zastanawiałem
się, dlaczego tylko ja utknąłem w tak okrutnym świecie.
''To
nie sprawiedliwe...'' - Musiałem zaprzestać prowadzenia obserwacji
ze względu na własne bezpieczeństwo, ale nie dlatego, że ktoś
mógł mnie zobaczyć, bo to było nie możliwe biorąc pod uwagę
przyciemniane szyby oddzielające mnie od tej wyidealizowanej
przestrzeni. Poczucie niższości sprawiało, że zapragnąłem jakoś
sobie ulżyć, jednak nie mogłem zrobić tego tutaj w samochodzie,
bo z pewnością zostałbym wyrzucony. Nie widuje się takich rzeczy
na codzień i jest to z lekka nienormalne, by ktoś świadomie robił
sobie krzywdę.
Zaciskając
zęby chciałem zmienić kierunek własnych myśli, wtedy z rytmu
tych skrajności wybił mnie nie zbyt przyjaźnie brzmiący głos.
-
To tutaj.
Słysząc
tę wspaniałą wieść, że już jesteśmy, nie czekając na żadne
specjalne zaproszenie, podniosłem się energicznie z fotela.
Wysokczyłem z auta dziękując temu gburowi za podwózkę, by zostać
chociaż dobrze zapamiętanym.
Odwracając
się od niego zamarłem przez chwilę w totalnym bezruchu widząc
ogromną działkę, na której mieścił się luksusowy dom
jednorodzinny. Ścieżka od samych drzwi aż do elektrycznej bramy
wjazdowej wyłożona była oliwkową kostką brukową. W kilku
miejscach znajdowały się ruchome kamery, brakowało jedynie
jakiegoś groźnego psa obronnego, a byłoby prawie jak w filmie.
Podwórze
było częściowo zalesione dostojnymi brzózkami oraz innymi
iglastymi drzewami. Centralną cześć stanowił jednak sam ogród
wypełniony po brzegi: tulipanami, hiacyntami, krokusami i żonkilami.
Kwiaty posadzone były wokół białej drewnianej altany stojącej po
środku.
Nie
pewnie zadzwoniłem dzwonkiem zawieszonym przy furtce, widząc od
razu jak ktoś wychodzi z podwójnie dzielonego garażu, który
pomieścić by mógł conajmniej dwa samochody i kilka innych
mniejszych środków transportu.
Przełknąłem
głośno ślinę przyglądając się uważnie mężczyźnie, który
wyglądem przypominał prezesa jakiejś firmy.
Podszedł
do mnie odziany w granatowy dobrze dopasowany garnitur, nawet jego
fryzura była bez skazy – nie wyglądał na zwykłego człowieka, a
bardiej na kogoś z wyższych sfer. Jasno brązowe włosy zaczesane
były do tyłu trzymając się najprawdopodobniej na lakierze, a jego
twarz pozbawiona była jakiejkolwiek emocji.
*
* *
(Dziękuję
za przeczytanie :3 to by było już wszystko na ten moment :D
Mordowałem ten fragment przez trzy dni - mam nadzieję, że wyszedł
chociaż przyzwoicie :>
~
jak myślicie, jaka to może być praca?
~
Co sami byście zrobili w takiej sytuacji, chcąc zarobić?
~
Czy wsiedlibyście do mustanga? xD Z kompletnie obcym starym dziadem?
XDDD
~
Czy było coś, co was poruszyło w tym rozdziale? :o
Rozdzieliłem
ten rozdział na dwie części, więc wszystkie odpowiedzi odnośnie
robocizny Christ'a znajdziecie niebawem w uzupełniającym fragmencie
;)
Pozdrawiam
HimeDerHi
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz