Rozdział 1
Alex
Głęboko spałem, gdy jeszcze przed ósmą obudził mnie głośny dźwięk budzika. Telefon brzęczał tuż nad moim uchem i raczej nie dało się tego nie słyszeć.
Uniosłem się lekko, podpierając się na łokciach, aby go uciszyć.
Mrucząc coś pod nosem zostałem jeszcze przez chwilę w ciepłej kołdrze. Nie mogłem uwierzyć, że postanowiłem ustawić to ustrojstwo na wcześniejszą porę niż zazwyczaj.
Minęło dobrych parenaście minut, nim ostatecznie zwlokłem się z wygodnego tapczanu.
Przeszedłem przez niewielkich rozmiarów pokój, kierując swój krok do kuchni, gdzie podłączyłem ekspres do kontaktu.
Nacisnąłem mały czarny guziczek, który jednocześnie był włącznikiem.
Sprzęt musiał rozbudzić się, podobnie tak jak ja, więc dałem mu na to trochę czasu i poszedłem do łazienki za potrzebą.
Załatwiłem się szybko i umyłem ręce, patrząc krótko na swoje odbicie.
Znów przywitał mnie ten sam widok - chudej, odrobinę zaniedbanej osoby, która oczywiście była mną.
Włosy rozchodziły się na wszystkie możliwe strony stercząc, jak antenki na dachach.
Blada cera pokazywała dokładnie wszystkie oznaki zmęczenia i zmartwień sprawiając, że z rana nie przypominałem wcale człowieka biznesu ze swojego miejsca pracy.
Przygaszone, obojętne piwne oczy były teraz odrobinę przymrużone, niechętnie witając się z jaskrawym światłem żarówki.
Since przyciemniały lekko skórę pod dolnymi powiekami sprawiając, że była trochę ciemniejsza od reszty mojej twarzy.
- Która to już noc? - Zapytałem sam siebie, leniwie opuszczając to pomieszczenie, by wreszcie przyszykować sobie upragnioną kawę.
Ekspres zawarczał, a odgłos ten przypomniał mi znów moje dzieciństwo, kiedy mieszkałem jeszcze na małej wsi z dala od zgiełku miast. Uciekając, czy też bardziej odgradzając się skutecznie od problemów wielkiego świata, żyjąc w niewiedzy i radując się z prostoty dnia. Widywałem tam często na polach kombajny oraz inne machiny rolnicze, a ta maszyna brzmiała bardzo podobnie do nich, mimo tego, że była dużo mniejsza i wykonywała prostsze zadania, pomagając mi wstać, każdego dnia.
Choć na chwilę mogłem odciąć się od ponurej rzeczywistości.
Mógłbym przysiąc, że warkot ten jeszcze przez parę sekund roznosił się echem po kuchni, odbijając się od turkusowych ścian.
Prędkim ruchem chwyciłem za ucho czarnego pojemnego kubka, który przyozdobiony był białym napisem ''kawaler do wzięcia''.
Dawno temu kupiłem go z okazji urodzin mojego brata, ale jego reakcja nie była wcale taka, jakiej się spodziewałem.
Wybrałem tak skromny podarek dla śmiechu, a on obraził się na mnie jak dzieciak, mówiąc że wcale nie chce takiego prezentu.
W pewnym stopniu było mi przykro uświadamiając sobie, że zmarnowałem tyle czasu chodząc po wielu sklepach, a w ogóle nie trafiłem w jego gusta.
Ostatecznie przygarnąłem tę niechcianą rzecz, nie mając do niego żalu i wtedy zrozumiałem, że to jedno z moich ulubionych naczyń, od kiedy zacząłem mieszkać sam. Wspomnienia wracały do mnie niczym bumerang, gdy patrzyłem na różnego rodzaju starocie i pamiątki z wszelakich podróży.
Tęskno mi było za jakimkolwiek towarzystwem, ale nie miałem teraz chwili, by się nad tym rozwodzić.
Wlałem trochę mleka do kawy i wsypałem dwie łyżeczki cukru, znów robiąc to w złej kolejności, ponieważ letnia ciecz nie rozpuściła wszystkich słodkich bryłek i część z nich stworzyła ohydny ulepek na dnie.
Biorąc jeden porządny i zarazem długi haust, wypiłem wszystko za jednym zamachem, by nie tracić więcej czasu, który wciąż mnie ponaglał.
Przetarłem twarz dłonią i spojrzałem na zegar zawieszony na ścianie w pokoju. Nie mogłem jednak dostrzec, która jest dokładnie godzina z tej odległości, więc odstawiłem brudny kubek do zlewu i przemieściłem się do sypialni.
- Dziesięć minut... - Powiedziałem bez entuzjazmu, wiedząc że jeśli nie wyjdę w porę, znów spóźnię się do pracy.
Mozolnie szukałem mniej wygniecionych ubrań w szafie. Trafiając na szary kardigan i ciemny podkoszulek w dobrej kondycji nawet się nie zawahałem.
Założyłem wszystko na siebie wraz z czarnymi rurkami z wczoraj, które zostawiłem w dziwnej pozycji na skórzanym, dużym, ciemno pomarańczowym fotelu, wyglądającym trochę jak z jakiejś starej epoki.
Bez zastanowienia pochwyciłem najważniejsze rzeczy, wkładając je do wolnych kieszeni i wybiegłem z domu.
Szybko pokonałem schody z piątego piętra w dół, nie myśląc nawet o użyciu windy, do której miałem uraz, bo już kilka razy zacięła się, gdy byłem w środku.
Trzymając telefon w dłoni, co jakiś czas sprawdzałem godzinę podczas biegu.
Przeciskałem się w tłumie spacerujących przechodniów nie mając pojęcia, dlaczego jest ich tu tak wielu.
Prawdą było to, że całkowicie mnie to nie obchodziło, byle by zeszli mi z drogi.
Przystanek autobusowy był tuż za rogiem następnej uliczki, dlatego też nie zwalniałem, aby złapać oddech.
Miałem jeszcze conajmniej trzy minuty, modląc się by linia D4 nie zajechała za wcześnie na stację.
Niespodziewanie coś mnie zatrzymało, czy raczej ktoś.
- Fuck. - Powiedziałem w złości nawet nie siląc się na to, żeby podnieść głowę i spojrzeć tej osobie w oczy.
Odbiłem się twarzą od klatki piersiowej przypadkowego mężczyzny, co znaczyło, że był on ode mnie trochę wyższy.
- Przepraszam, śpieszę się! - Dodałem, nim zdążył cokolwiek powiedzieć i wymijając go zdałem sobie sprawę, że autobus właśnie odjeżdża, widząc go z daleka.
Śpiesznie wpadłem więc do taksówki stojącej na parkingu i wykrzyknąłem nazwę ulicy nie pytając nawet, czy kierowca ma wolne miejsce.
- Róg Rovenstreet!
- Zrozumiano. - Odpowiedział cicho mój kierowca, nawet na mnie nie patrząc.
Odchyliłem głowę, opierając ją o zagłówek i starając się okiełznać mój niespokojny oddech, jednak trochę to trwało, nim się uspokoiłem.
Żołądek ściskały nieprzyjemne nerwy, że znowu zawiodę mojego pracodawcę i trafię na dywanik, a będzie to mój trzeci raz, trzecie spóźnienie w ciągu zaledwie jednego tygodnia.
Złośliwe myśli nie dawały mi spokoju.
- Czy może pan jechać trochę szybciej? - Zapytałem, tracąc cierpliwość.
- Pali się gdzieś, czy co? - Odparł beznamiętnie, nie przyśpieszając ani trochę, jakby w ogóle nie interesowały go moje problemy. - Niestety nie mogę przekroczyć tej prędkości, jesteśmy w terenie zabudowanym... Na sygnalizację świetlną również nie mam wpływu. Mogę odtrącić panu kilka groszy za przejazd, jeżeli chodzi o pieniądze...
- ... - Nie odpowiedziałem w pierwszej chwili, widząc na ekranie swojej komórki numer zastrzeżony.
''To na pewno on!'' - Przełknąłem głośno ślinę, wyciszając wibrację bocznym przyciskiem.
- Nie chodzi o pieniądze... - Odpowiedziałem, uśmiechając się do niego słabo.
Zapanowała chwila głuchej ciszy, a przynajmniej między nami, bo radio wciąż nadawało najnowsze komunikaty o pogodzie i celebrytach.
Musiałem chwilę się zastanowić, by rzec:
- Chociaż i może o nie również chodzi, bo jeśli nie dojadę tam przed dziewiątą, to mnie wyrzucą z pracy. - Byłem bliski tego, by zacząć lamentować, wyobrażając sobie, jak będzie wyglądało moje życie bez dostępu do comiesięcznej wypłaty.
''Za co spłacę mieszkanie... za co kupię sobie jedzenie... cholera...''
Zegarek nie litował się zbytnio, a ja byłem na granicy swoich nerwów.
- Naprawdę mi przykro. - Mruknął z obojętną miną, wyjmując z kieszeni papierosy i odpalając jednego z nich, gdy stanął na czerwonym.
''Poważnie?!'' - Zacisnąłem usta w cienką linię, oddychając naprawdę głęboko, by nie wyrzucić go z pojazdu i nie przejąć steru.
Kolejne dziesięć minut dzieliło mnie od celu, którym była firma. Miałem wrażenie, że Bóg śmieje się ze mnie siedząc sobie wygodnie na chmurach, jakby robił to celowo.
Tik nerwowy opanował moją jedną nogę do tego stopnia, że przedni fotel od strony pasażera trząsł się jak krzesło z masażem.
Wraz z pojawieniem się zielonego błysku ruszyliśmy w żółwim tempie, by za zakrętem ponownie się zatrzymać.
- Co znowu?! - Krzyknąłem, odpinając pas i wkładając głowę pomiędzy przednie siedziska.
- Chyba jakiś wypadek. - Stwierdził wzruszając ramionami i wyrzucił niedopałek przez uchyloną szybę.
- Aaaaah... - Westchnąłem przeciągle, nie wierząc w to co widzę. Środek drogi zajmowały trzy radiowozy na sygnale, a obok nich stała karetka z wyłączonymi światłami.
Ratownicy medyczni wnosili czyjeś ciało owinięte w czarny wór do środka.
''Dlaczego akurat teraz...'' - Przeszła mnie myśl, jakbym złościł się na to, że ten człowiek właśnie umarł.
* * *
Akcja ciągnęła się jeszcze przez pół godziny, a my wciąż staliśmy w długim korku.
Mój telefon nieprzerwanie brzęczał nie dając mi spokoju, wprawiając mnie w jeszcze gorszy nastrój.
- Może tak miało być. - Kierowaca przemówił, przerywając ciszę. - To może być znak, by zmienić coś w swoim życiu nie sądzisz?
''Zamknij się.''- Odpowiedziałem mu w myślach, gryząc się w język, by nie przeszło mi to przez usta.
Postanowiłem nie wchodzić z nim w jakże irytującą dyskusję, nie chcąc słuchać jego rad ani niczego, co z nim związane.
''Tragiczny przypadek.'' - Oceniłem go na mniej niż dziesięć procent IQ, bo zachowywał się conajmniej jakby wypił setkę zanim usiadł za kierownicą, albo może coś wciągał lub palił. - ''Chuj tam go wie...''
- No to jesteśmy na miejscu. - Powiedział, oglądając się z uśmiechem na twarzy.
Zupełnie nie kryjąc radości, że wreszcie się mnie pozbędzie.
- To ile się należy? - Zapytałem przeszukując wszystkie swoje kieszenie, jednak nigdzie nie mogłem znaleźć swojego portfela.
- Wychodzi mi sześćdziesiąt trzy złote i trzydzieści groszy, ale umówmy się na sześć dyszek. - Powiedział przyglądając się mi z zaciekawieniem. - Będzie płatność gotówką, czy kartą?
- Pan zaczeka. - Powiedział zdejmując z siebie kardigan by sprawdzić każdą wnęke jeszcze raz. - Cholera! Nigdzie go nie ma! - Podparłem czoło na wewnętrznej stronie dłoni zastanawiając się, gdzie mogłem zgubić tak cenny przedmiot i czy aby nie zostawiłem go przypadkiem w domu.
- Zginęło coś? Sprawdź pan pod siedzeniem. - Zaproponował, poczym dodał. - Tak się pan wiercił, że może tam wpadło.
Schylając się wygarnąłem jedynie brud spod foteli, krzywiąc się z niesmakiem.
- Zapłacę telefonem. - Powiedziałem, zrezygnowany uruchamiając internet w urządzeniu.
- Dobrze. - Skinął głową i podał mi terminal.
Usłyszeliśmy charakterystyczne piśnięcie podczas przykładania jednego sprzętu do drugiego, a potem zobaczyliśmy zielony napis mówiący o tym, że płatność została zaakceptowana. - Drukować potwierdzenie? - Zapytał, kiedy byłem już na zewnątrz.
- Nie, nie trzeba. - Machnąłem ręką, a potem zamknąłem drzwi, odchodząc na bok.
''Gdzie mogłem go zgubić?'' - Myślałem, próbując przypomnieć sobie, co robiłem jeszcze przed wejściem do taksówki.
- Byłem w domu... potem schowałem go do kieszeni i wyszedłem... a później... - Niespodziewanie dostałem nagłego olśnienia, przez które rozchyliłem swoje wargi robiąc bardzo dziwną skwaszoną minę, jakbym ugryzł cytrynę.
- I wtedy wpadłem na tego gościa! No jasne! - Wrzeszczałem sam do siebie, zwracając na siebie uwagę ludzi przechodzących akurat po drugiej stronie chodnika.
Słyszałem jakiś drobny hałas, przypominający dźwięk buta, który właśnie zetknął się z kałużą, ale się nie obejrzałem, bo się śpieszyłem.
- Kurwa. - Wycedziłem przez zęby, wchodząc do ogromnej hali.
Pierwsze, co chciałem zrobić, to poprosić szefa o wolne, by czym prędzej pojechać do banku i zablokować konto.
W portfelu znajdowały się wszystkie moje karty kredytowe, dowód tożsamości, wizytówka tego zakładu z dokładną mapką, jak dojechać w to miejsce oraz inne papierki z numerami do budki z kebabem, czy też do fryzjera.
Trzymałem wszystko, co miałem w tym małym skórzanym futerale - także zdjęcia swoich bliskich i jedno swoje na wypadek, gdyby było potrzebne do jakiś urzędowych druków.
Przeszedłem przez długi korytarz, nie odpowiadając nikomu na zaczepne komentarze.
Skierowałem się prosto do biura mojego przełożonego, zamaszyście otwierając drzwi bez pukania.
Mężczyzna wzdrygnął się, gdy tylko mnie zobaczył, nie wiedząc, czy w ogóle się dziś pojawię.
- Dzień dobry? - Powiedział głośno, choć bardziej brzmiało to jak pytanie. - Dobrze, że jesteś, bo mam akurat z tobą do pogadania.
- Ja również. - Odparłem bez uprzedniego przywitania się, prędko przechodząc do sedna sprawy. - Potrzebuje wolnego dziś, koniecznie!
- W porządku. - Mruknął, przejeżdżając palcami po czarnej gęstej brodzie.
- Bardzo dziękuję za wyrozumiałość. - Odetchnąłem z ulgą, że tak szybko się zgodził.
- Ah. Chłopcze, chyba źle mnie zrozumiałeś. - Zaśmiał się krótko, po czym kontynuował. - Od dziś będziesz miał tyle wolnego, ile tylko dusza zapragnie, bo cię zwalniam.
- Jak to?! Dlaczego?! Nie może mnie pan wyrzucić, wiedząc w jakiej sytacji się znajduję! - Powiedziałem, będąc już naprawdę wściekły na przebieg tego piątku, który wcale nie był tym trzynastym, a przysparzał mi jeszcze więcej nieszczęść.
- Co mam ci powiedzieć? Przestałeś się sprawdzać jako pracownik, przychodzisz kiedy chcesz i robisz co chcesz. Dotąd trzymałem cię z sentymentu, jednak dziś skończyła się moja cierpliwość. - Wyjaśnił, rozkładając ręce i patrząc mi prosto w oczy.
- To ja za panem murem stałem, a pan się tak odwdzięcza?! Nie złożyłem skargi nawet wtedy, gdy prasa hydrauliczna roztrzaskała mój palec z pańskiej winy! - Wyciągając lewą dłoń w demonstracyjnym geście wskazałem na puste miejsce przy ostatniej kostce, gdzie powinien znajdować się najmniejszy palec. - Nawet nie wiesz, jak długo się potem leczyłem prostaku! Bałem się tu przychodzić, bo wciąż miałem ten sam widok przed oczami! Żałuję, że w ogóle tu przyszedłem! Jeszcze to odszkodowanie, które dostałem! Nie było nic warte! Gdybym tylko wtedy doniósł na tą firmę, dostałbym dużo więcej! Nigdy nie docenialiście mojego poświęcenia, byłem dla was tylko śmieciem na najniższym stanowisku! Bo co?! Dlatego, że pracowałem tu najkrócej?!
Agresja, którą jak dotąd tłumiłem wylała się jak lawa z przepełniającego się wulkanu... no i wybuchłem, chcąc nie chcąc.
- Wyjdź. - Usłyszałem jedno krótkie zdanie, brzmiące tak spokojnie, jakby nic się tu właśnie nie działo. - Albo wezwę ochronę. - Zagroził mi, wstając z krzesła i trzymając palec nad dużym czerwonym guzikiem.
- Obejdzie się! - Rzuciłem na pożegnanie, trzaskając z całej siły drzwiami. - To wszystko nie było tego warte...
Wracając tym samym długim korytarzem kopnąłem jedną z ogromnych maszyn, aby pozbyć się wszechoraniającej mnie złości, ale i to nie pomogło - tylko zabolała mnie noga.
Słyszałem, jak reszta kadry mnie obgaduje, chowając się po kątach.
'Wiedziałem, że wreszcie go wywalą, hehe... cóż można by rzec, nie pasował tutaj.'-mówili, nie przejmując się tym, że pojawi się u nich za mnie ktoś nowy, kogo będzie trzeba wszystkiego nauczyć od nowa. Najważniejsze było to, że to mnie wyrzucono.
Opuściłem budynek cały się trzęsąc i mając serdecznie dość męczących i stresujących sytacji, jak na jeden dzień.
Miałem ochotę zalać się w trupa i przestać myśleć, ale przeszkadał mi w tym fakt, że straciłem portfel, a wraz z jego zniknięciem pewnie i wszystkie środki na koncie.
Usiadłem na krawężniku przy parkingu zakrywając twarz dłońmi.
Nie wiedziałem, co mam teraz ze sobą zrobić - czując, że przegrałem życie i to jeszcze na własne życzenie.
* * *
(Cześć kochani :D
Będę wdzięczny, jak po przeczytaniu zostawicie coś tu po sobie ;)
Akcja dzieje się dość szybko i póki co główny bohater ma strasznego pecha ^^''
Mam nadzieje, że się podobało, i że zostaniecie tu na dłużej <3
Ogólnie to straszny z niego nerwus hahah XD)
Już nie długo - gwarantuje, że będziemy świetnie się bawić - o ile lubicie bardziej hardcorowe sceny :D
Zaplanowaliśmy dla was z kolegą duuuużo ciekawych smaczków ;)
NASTĘPNY ROZDZIAŁ>

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz