czwartek, 9 kwietnia 2020

''JW'' Rozdział 5 - część druga

Rozdział 5 cz.II

Christ


Przekręcając mały kluczyk otworzył przede mną furtkę oczekując aż wejdę do środka.

Czując narastającą presję musiałem szybko działać, więc przekroczyłem te bramy do 'piekieł'.

- Witam. - Rzekł, lustrując mnie dokładnie wzrokiem od stóp do głów i marszczył się przy tym tak, jakby właśnie wszedł w sporych rozmiarów gówno.

- Dzień dobry. - Odpowiedziałem siląc się na uśmiech.

- Posłuchaj mnie uważnie skoro już tu jesteś. Powiem ci, co dokładnie masz zrobić.

Wstrzymałem oddech, nie wiedząc, jak mam się zachować.
Całe moje ciało spięło się niemożliwie, jakby ta obronna postawa miała mnie w jakiś sposób ochronić.

''Jak mam się do niego zwracać?'' - Zastanawiałem się, bo w gruncie rzeczy brakowało mi tylko jednego roku do skończenia osiemnastki.

''Formalnie, czy bezpośrednio? Jak pracownik i szef, czy mogę być bardziej swobodny... a może jak dorosły z dorosłym? Ah! Naprawdę nie wiem! W końcu przez telefon zaznaczył to, że jestem tylko bachorem... '' - Zgubiłem się nieco w tej skomplikowanej siatce myśli.

- Najpierw pójdziesz do garażu, gdzie się przebierzesz. Przygotowałem tam dla ciebie odpowiedni strój roboczy. - Mówił trzymając przy tym odpowiedni dystans. - Ubrania mogą być trochę za duże, ale na pewno sobie z tym poradzisz... a potem przejdziesz za dom i przeniesiesz wszystkie te belki stamtąd tutaj do pustego garażu. Oczywiście spodziewam się, że będą ładnie posegregowane. Wszystko jasne?

- Jasne jak słońce. - Odparłem przewracając oczyma, kiedy miałem wrażenie, że bierze mnie za jakiegoś półmózga mówiąc wszystko wolniej i głośniej niż potrzeba.

''Cholerny prostak.'' - Uśmiechnąłem się pod nosem obserwując tego pedancika.

- A, i jeszcze jedno. Nie życzę sobie żadnej rozgrzebanej ziemi. Trawa ma zostać w takim stanie jak teraz, co oznacza, że będziesz musiał przenosić te bele w powietrzu. Zapłacę ci dopiero wtedy, kiedy zadanie zostanie wykonane. Jeśli się poddasz w trakcie wykonywania pracy, wtedy nie dostaniesz nawet grosza, bo głęboko gardzę ludźmi, którzy podejmują się czegoś, czego nie mogą zrobić. - Spojrzał na mnie tak chłodno, że mógłby bez trudu zabić mnie samym wzrokiem.

- Bez problemu proszę pana, zadbam o każdy detal. - Odparłem pewny siebie, mając nadzieje, że uwierzy w tą pełną uprzejmości paplaninę.

- Wybieram się teraz na spotkanie biznesowe, więc w razie czego pieniądze przekaże ci mój syn.

W głębi duszy odetchnąłem z ulgą, że to nie on będzie mnie pilnował. Dostałem w pewnym stopniu fory od losu, gdyż samo przebywanie z tak ograniczonym umysłowo prymitywem mogłoby zakończyć się kłótnią z byle powodu.


* * *


Nie tracąc czasu poszedłem się przebrać, kiedy jegomość wsiadał do swojego mustanga krzycząc, że jego dzieciak powinien się pojawić za parę minut, bo do niego dzwonił. Rozmyślałem więc, ile może mieć lat gówniarz mieszkający w tak ogromnej willi.

''Może jest w moim wieku... '' - Przeszła mnie myśl, biorąc pod uwagę fakt, że ten typ nazwał i mnie tym określeniem. - ''Albo każdy, kto był od niego młodszy zyskiwał te miano, albo nie wiem, jak działał jego podział wiekowy.'' - Zaśmiałem się w duchu, wkasując za długą zgniło zieloną koszulkę w spodnie.

Średnio pasował mi krótki rękaw, ale na zewnątrz było naprawdę gorąco, więc nie protesowałem. Wszystko zdawało się być lepszą opcją od długiego rękawu w czerni, która działała jak magnes na słońce.

Zakładając rękawice leżące na blacie jednej z szafek usłyszałem głośniejsze walnięcie drzwiami, gdzieś nieopodal.

Wolno wychyliłem się więc by sprawdzić, co się dzieje, ale szybko zorientowałem się, że to tylko drobnej postury gosposia.

Nie witając się nawet ze mną wyrzucała śmieci do kolorowych kontenerów i z dumnie uniesioną głową wróciła potem do środka. Wolałem nie komentować jej zachowania, bo była jak oni wszyscy, choć tylko tu sprzątała.

Zabrałem się za swoją pracę, w końcu nie zamierzałem spędzić tu całego dnia.

Ruszyłem za dom, by przekonać się na własne oczy, jak ciężkie może być moje dzisiejsze zadanie.

W samym rogu posesji leżało porozrzucane równo powycinane drewno, którego, nie powiem, było całkiem sporo.

Początkowo szło mi bardzo sprawnie, brałem po kilka belek w ręce i entuzjastycznie zanosiłem je w wyznaczone miejsce.

Zwolniłem dopiero po godzinie, kiedy to na działce pojawił się jeszcze jeden osobnik. Chłopak miał może z dwanaście lat i wyglądał dość przeciętnie, pomimo dziwacznej blond grzywki zasłaniającej mu pół twarzy. Skrzywiłem się automatycznie widząc, jak idzie w moją stronę.

''Kolejne utrapienie...'' - Przeszła mnie myśl, że z tego nie będzie nic dobrego.

Mało brakowało, a zacząłbym jawnie się z niego śmiać, gdyż nie mogłem wytrzymać widoku granatowych spodni z krokiem znajdującym się gdzieś w okolicy kolan.

''Jeśli to jest tutejsza moda to chyba całkowicie się na tym nie znam.'' - Stwierdziłem czekając aż nastolatek do mnie przemówi.

- Cześć. - Rzucił dość luźno na starcie.

- Cześć? - Odpowiedziałem, tym samym patrząc na niego pytająco.

- Skąd jesteś? - Zapytał, oglądając mnie z każdej możliwej strony, jakbym był jakimś dziełem sztuki w muzeum z wizualizacjami.

- Z daleka. - Odparłem krótko, usiłując go do mnie zniechęcić.

- Opowiedz mi trochę o tamtej stronie lasu, jestem strasznie ciekawy! - Powiedział wręcz rozkazującym tonem wkładając obie ręce do kieszeni.

'' Boże, daj mi cierpliwość... nie jestem jakąś atrakcją, która przyszła cię zabawiać.'' - Powstrzymywałem się od powiedzenia tego głośno.

- Nie. - Mruknąłem oddalając się od niego. - Jeśli nie masz zamiaru mi pomóc, to lepiej idź sobie. - Dopowiedziałem najbardziej oschle, jak tylko potrafiłem.

- Pfft... to twoja praca nie moja, nie mam obowiązku ci pomagać. - Zaśmiał się kpiąco ciągle dotrzymując mi kroku.

Ogarnęła nas chwilowa cisza, którą szybko postanowił przerwać.

- Co się stało z twoimi rękami, to przez jakiś wypadek? - Dopytywał, nakręcając się, że chyba usłyszy jakąś fascynującą historię, którą będzie mógł potem opowiadać swoim znajomym.

Spuszczając wzrok zauważyłem, że niektóre z moich ran pootwierały się przez kontakt z szorstkim materiałem struktury drzewa. Nie wyglądało to dobrze.

- Nie. - Odpowiedziałem wzruszając ramionami.

- Możesz przestać mnie ignorować?! - Krzyknął, widząc, że nie zwracam na niego uwagi.

- Nie płacą mi za takie luźne rozmowy, więc odpuść i zajmij się sobą.

Chłopaczek spojrzał na mnie gardząco i prychając jak kot wyszedł z posesji idąc do sąsiedniego domu.

Miałem wreszcie trochę spokoju, aczkolwiek bałem się odrobinę, że poszedł na mnie naskarżyć komuś znajomemu.

Starałem się nie zawracać sobie głowy nim i jego dziwnym problemem bycia w centrum uwagi.



Poruszając się w pełnym słońcu strasznie zaczynało mnie suszyć i pociłem się, jakbym biegł w jakimś maratonie, nie wspominając nic o przepoconych skarpetach, które po zdjęciu butów uśmierciłyby z pewnością cały piękny ogród gospodarza.

Przetarłem ręką czoło na parę minut stając w cieniu drzew, by przez ten krótki moment odpocząć.

Wyjmując telefon zobaczyłem na ekranie wyświetlającą się godzinę pierwszą – nic dziwnego, że tak dogrzewa.

Prowadząc bardzo skomplikowane kalkulacje w głowie wyliczyłem, że koło piętnastej powinienem skończyć bez zbędnego pośpiechu.

Oddałbym wszystko, by móc się czegoś napić i zjeść jakieś śniadanie, ale zbyt żałosne wydawało mi się prosić tych ludzi o cokolwiek.

Kontynuowałem więc swoje męczarnie chwilami mając ochotę całkowicie pozbyć się ubioru, lecz za takie negliże przyszłoby mi sporo zapłacić, dlatego wypuszczałem z rąk każdy niedorzeczny pomysł.


* * *

Kolejna godzina minęła, a ja byłem w coraz to słabszej kondycji ziejąc jak koń wyścigowy podczas podnoszenia prostokątnych długich drewnianych kloców.

Miałem połowę już za sobą, od czasu do czasu walcząc z pragnieniem rzucenia tego w cholerę, choć wtedy docierała do mnie świadomość, że zmarmowałbym tylko dzień i przyjechał tu na darmo, by zrobić część roboty za kogoś...

Natrętny, rozpuszczony dzieciak wrócił, by dalej psuć mój nastrój – tym razem wraz ze swoimi kumplami.

Patrzyłem na nich ukradkiem, słysząc jak mnie wyśmiewają siedząc w środku białej altany. Zaskakującym faktem było to, że nawet się z tym nie kryli, w ogóle nie mając do mnie szacunku.

Początkowo zacisnąłem zęby i usiłowałem nie zwracać na nich uwagi, lecz po dłuższym słuchaniu tych obelg, coś we mnie pękło.

- Wygląda jak żaba pod butem. - Powiedział najniższy z nich, choć prędziej to on przypominał owego płaza z mocnym wytrzeszczem oczu, jakby podczas porodu wyślizgnął się lekarzowi z rąk i upadł na podłogę, następnie zostając przygniecionym przez jakiś ciężki medyczny sprzęt.

- Raczej jak glizda. - Rzucił drugi sącząc przez słomkę sok z pomarańczy w małym kartoniku.

Akurat tak się złożyło, że przechodziłem wtedy obok z jednym konarem, mając nieodpartą chęć ich wszystkich zdzielić.

- Glizda? Raczej jak pizda! Hahah! - Żartował głośno syn mojego pracodawcy, choć mi nie było wcale do śmiechu.

- Hej! - Zawołałem głośno przerywając im salwę śmiechu i zwracając całą ich uwagę na siebie.

Miny im zrzedły, gdy dotarło do nich, że wszystko słyszałem i nawet potrafiłem do nich wystartować. Pewność siebie zmieniła się w wyrazisty lęk, że naprawdę mogę im coś zrobić.

- Kultury chłopcy! - Uśmiechnąłem się szyderczo, po czym wbijając zamaszyście belkę w ziemię dodałem. - Jeżeli się nie uspokoicie, to będę zmuszony wepchnąć wam ten kij tak głęboko w dupę, że wyjdzie wam drugą stroną! - Zawarczałem patrząc prosto w oczy blondynowi, który sądził chyba, że to jego zemsta za moje ignorowanie jego wspaniałej osoby.

Nie miałem pojęcia, co im siedzi w głowach, ale wcale nie chciałem zgłębiać tego tematu. Wystrczyło mi, że wystraszyłem ich do tego stopnia, że zdecydowali sobie pójść.

- I co zrobiłeś?! - Zakrzyknął niższy o głowę blondas, będąc naprawdę rozgoryczony całą sytuacją.

''Mam nadzieję, że nie nagrało się to na kamerach... I również, że nie wpłynie to w żadnym stopniu na moje referencje...'' - Pomyślałem, patrząc na knypka skaczącego, jak jakaś małpa w złości, krzycząc coś na mnie. - ''Irytujące...''

- Tata powiedział, że im szybciej będziesz wykonywał pracę tym więcej ci zapłaci! Więc pośpiesz się i wynocha...

Wypowiedź młodzieńca trochę mnie zaskoczyła, ale nie miałem podstaw, by mu nie wierzyć.

- Zgoda. - Odparłem już spokojniej. - Masz coś do picia młody? - Zapytałem, patrząc na niego z góry.

- Nie rozśmieszaj mnie. - Powiedział pod nosem i wrócił na miejsce, w którym wcześniej siedział.

Widziałem, że bacznie mnie stamtąd obserwował. Zwiększyłem swoje obroty do maksimum, jednak łapiąc się na przynętę większego zysku. Mięśnie lekko drżały mi od zmęczenia, ale nie poddawałem się, mając dość silną wolę.

Musiałem w międzyczasie naprawić część ziemi, którą zdewastowałem podczas poskramiania grupki dzieci, by właściciel nie mógł się przyczepić.


* * *

Rzeczywiście, kiedy porządnie się przyłożyłem do wykonywanej pracy, skończyłem jeszcze przed piętnastą.

Zrzucając z siebie przepocony podkoszulek, założyłem swoje łachy i zadzwoniłem dzwonkiem do drzwi, by upomnieć się o wypłatę za moje poświęcenie.

Czekałem dłuższą chwilę, aż dzieciak pojawi się w progu.

- Teraz to ty mi przeszkadzasz, grałem. - Powiedział oburzony, że jeszcze śmię mu zawracać głowę.

- Skończyłem. - Mruknąłem podpierając się ściany i ledwo dysząc.

- Okej. - Odparł szukając w kieszeni portfela.

Czułem ogromne szczęście płynące z tej chwili i byłem z siebie dumny, że po mimo przeciwności i wielu czynników zewnętrznych nie poddałem się i doszedłem do końca.

Mogłem sam siebie mianować zwycięzcą i skupić się na tym, co kupię mojej mamie.

Wyobrażałem sobie jej zdziwienie i zachwyt spowodowany kupnem czegoś ładnego. Widziałem wiele możliwych scenariuszy, lecz nie wiedziałem o tym, że za moment mój świat legnie w gruzach.

- Masz. - Powiedział chłopak trzymając w dłoniach banknot z nominałem dwudziestu złotych.

W pierwszej chwili zupełnie mnie zatkało, kiedy odbierałem od niego pieniądze.

- A gdzie reszta?! - Zakrzyknąłem, nie wierząc to, że wylałem siódme poty dla tak małej stawki.

- Jak to? Czego się spodziewałeś? Hahah... - Śmiał się patrząc mi prosto w twarz. - Wybacz, ale wydałem resztę twojej wypłaty na grę. - Uśmiechał się parszywie, jednocześnie będąc dość opanowanym.

- Że co proszę? - Miałem wrażenie, że śni mi się jakiś koszmar i zaraz się obudzę. Mało brakowało, a rzuciłbym się na niego, by go udusić.

''Nie jesteś tego wart...'' - Przeszła mnie myśl, po której stwierdziłem, że nic tu po mnie.

Wściekły odwróciłem się od niego i ruszyłem w kierunku wyjścia.

- Mam nadzieję, że karma szybko do ciebie wróci. - Rzuciłem przez ramię na pożegnanie i ruszyłem w długą drogę do domu.

''Czego się spodziewałem... w naturze nowobogackich leży żerowanie na słabszych...''

Gardło zaciskało się od żalu, kiedy przechodziłem przy podwórkach tych bestii bez serca. Wytykany palcami dotarłem do granicy, kiedy wszystko to po mnie spływało. Nie patrzyłem nawet na drogę, będąc pochłonięty burzą myśli.

''Jak bezwartościowy śmieć... wykorzystany...''

''Nienawidzę ludzi.''

Mocno przygryzając dolną wargę, usłyszałem niespodziewanie bardzo ostry pisk, który wydał gwałtownie hamujący samochód.

Prawie bym doprowadził do wypadku, ale i to nie znaczyło dla mnie wiele.

Usłyszałem tylko słowa: - Uważaj jak łazisz!

Nie zatrzymałem się nawet, jakby nie słyszał wołania tego wzburzonego kierowcy.

Chciałem zadzwonić do mojego szefa, ale nie starczyło mi odwagi. Nie byłem typem konfidenta, nawet kiedy było to w moim interesie.

Zakładałem z góry, że to było ukartowane od samego początku i dałem się nabrać na tak niesmaczny żart. Zabrakło mi motywacji, abym miał poruszać ten temat wiedząc, że ojciec tego chłopca na pewno uwierzył by prędzej jemu, a nie mnie.

Unosząc wzrok patrzyłem z obrzydzeniem na budowle, którymi wcześniej się zachwycałem – może i były ogromne, ale wcale nie różniły się zbytnio od siebie. Wielkie domy podobne kształtem i kolorem wyglądały jakby ktoś w tym mieście robił kopiuj, wklej i dublował architekturę.

Szczęśliwe rodziny z bliska nie były już takie udane, bo cisza spokojnej niedzieli przerywana była przez kłótnie małżeńskie.

''Źle oceniłem to miejsce...'' - Myślałem, próbując stwierdzić, po której stronie jeziora jest lepiej, lecz nie potrafiłem podjąć jednoznacznej decyzji. - ''Chyba tylko w lesie...''

Biorąc w ręce poręczną nokie nacisnąłem na numer Matysa. Usłyszałem wtedy kilka głuchych sygnałów, by następnie usłyszeć jego głos.

- Halo?

- Oddzwoń do mnie. - Powiedziałem klikając szybko czerwoną słuchawkę. Wiedziałem, że w przeciwieństwie do mnie ma więcej środków na koncie, jak zawsze więc mogłem trochę go wykorzystywać.

Nie musiałem długo czekać, bo minęło zaledwie parę sekund, a znów byłem na łączach.

- Co tam potrzebujesz mistrzu? - Zapytał przeciągle ucieszony, że tym razem to ja do niego zadzwoniłem.

- Idę z wami na tę akcję... - Powiedziałem drżącym głosem nie zatrzymując się nawet na chwilę.

- Wspaniale! Wiedziałem, że się skusisz. - Odpowiedział szeleszcząc czymś w tle.

Chciałem się rozłączyć, po przekazaniu mu tych wieści, ale niechcący zablokowałem swój telefon. Próbowałem powtrzymać mój roztrzęsiony oddech, ale kiepsko to wychodziło.

- Stało się coś? - Przerywając niezręczną ciszę, brzmiał jakby naprawdę się zmartwił.

Czułem ogromną potrzebę, by się komuś wygadać, jednocześnie nie chcąc całkiem się rozkleić, idąc przez główną najbardziej ruchliwą ulicę na nowym osiedlu bogatej strefy.

Przełknąłem głośno ślinę.

- Ni... mo... bo... te... śmiecie. - Nie powstrzymałem jednak wylewającego się smutku mej duszy i odpowiedziałem mu tak niewyraźnie, że raczej nie mógł mnie zrozumieć.

- Hej, spokojnie... powiedz to wolniej, pomogę ci, ale nie wiem, jaka jest sytacja i w czym problem?

Początkowo nie odpowiedziałem tłumiąc własne łkanie. Okropne uczucie bólu w klatce piersiowej, gdzieś w okolicy serca skutecznie odebrało mi mowę.

Używając za długiego rękawu czarnej bawełnianej koszuli, co chwilę przecierałem twarz, by nie wyglądać tak żałośnie w oczach przechodniów. Łzy ciekły ciurkiem po policzkach, a jednak odnosiłem wrażenie, że właśnie tego było mi trzeba.

Ukrywając przed sobą oraz innymi tą wrażliwą stronę – potrafiłem być silny, choć tak naprawdę tylko takiego udawałem. Mogąc jedynie marzyć o takim charakterze.

Matys należał do niewielkiego grona osób, które o tym wiedziały. Nie musiałem martwić się o to, co może sobie o mnie pomyśleć, bo znałem go od dzieciaka. On zawsze traktował mnie jak swojego młodszego brata, mimo faktu, że były momenty, kiedy wykorzystywałem ten status. Ciężko było mi powiedzieć, że nie traktuję go jak przyjaciela, nie ufając mu w pełni, ale o tym również wiedział, dając mi tyle szans, ile tylko chciałem. Twierdził, że może któregoś dnia przejrzę na oczy i otworzę się bardziej na ludzi, a do tej chwili mnie nie opuści.

Chłopak był przekleństwem lub po prostu rzepem, który się do mnie przyczepił, ale i też najlepszym doradcą w świecie. Pomijając oczywiście fragment o tym, że to przez niego zacząłem praktykować wszystkie dostępne nałogi...

- Oszukali... mnie... - Wyszeptałem przez mocno zaciśnięte się zęby po paru dłuższych minutach.

- Chcesz wpaść do mnie pogadać? - Zaproponował, najprawdopodobniej chcąc dla mnie jak nalepiej, aczkolwiek spodziewałem się, że to zaproszenie ma pewnie drugie dno. - Pogadamy i pochillujemy w miłej atmosferze.

- Jestem teraz daleko. - Mruknąłem cicho, powoli wracając do normy. - Jestem w bogatej dzielnicy...

- Woow! - Krzyknął zszokowany, by zaraz kontynuować swoją wypowiedź. - Co do diaska tam robisz?! Jakieś zwiady? Samodzielne akcje?

- Nie... pracowałem u jednego szmaciarza. - Powiedziałem głośniejszym tonem ze złością sprawiając, że ładnie odziane kobiety, w drogich markowych cichach prędko zeszły z tej samej części chodnika, okazując zniesmaczenie na wymalowanych buziach. - Później opowiem ci tę historię bardziej szczegółowo... Zadzwonię, jak już będę na miejscu.

- Okej, czyli jesteśmy umówieni tak?

- Tak.

- Dobra, no to na razie i nie mazgaj się już więcej, bo może być tylko lepiej. - Zaśmiał się krótko, po czym ostatecznie się rozłączył.


Dalsza droga ciągnęła się w nieskończoność. Nim opuściłem tę piękną krainę, zdecydowałem się zahaczyć jeszcze o mały sklep na rogu ulicy, by kupić coś do jedzenia, gdyż miałem wrażenie, że mój żołądek zaraz zacznie trawić sam siebie.

Wziąłem dwie bułki oraz paczkę parówek z napisem classic. Wyrzuciłem folię do kosza, który znajdował się zaraz przy drzwiach na zewnątrz.

Robiąc dziurę w świeżym pieczywie wcisnąłem tam trochę mięsa, zyskując coś, co nazywałem kanapką idealną.

Pierwszy posiłek o tak późnej porze był naprawdę dobry, choć kiedy człowiek głodny, to wszystko mu przeważnie smakuje.

Zdołałem się nasycić choć trochę przed dalszą podróżą i nie wydałem na to wszystko za dużo, szukając najbardziej przystępnych cen. Ciągłe życie w biedzie uczy nas oszczędności i dbania o każdy grosz. Nabywasz te cechę, nawet jeśli z początku jej nie dostrzegasz to zwykle później rozumiesz, że gdyby nie to, to upadłbyś jeszcze niżej.

Docierając do granicy, którą stanowił las, mogłem wreszcie odpocząć od tych, którym przeszkadzałem, krążąc po obcym terytorium.

Powietrze tutaj miało swój specyficzny zapach, lecz był on całkiem przyjemny i orzeźwiający. Pachnące mchy i paprocie, a także i woń otaczających mnie drzew – kochałem energię tego miejsca.

Często na swojej drodze mogłem obserwować szare zające, kryjące się w bujnych krzewach lub ganiające się po drzewach rude wiewiórki.

Tylko raz przechodziłem akurat tą drogą i od tego czasu wiele się tu zmieniło.

Potężne dęby wznosiły się jeszcze wyżej ku niebu, a promienie słońca dodawały im uroku, mieniąc się między liśćmi. Ptaki cicho śpiewały, czy też rozmawiały między sobą, a sarny w oddali przechodziły wolnym krokiem szukając pożywienia.

Miałem dużo szczęścia, że nie trafiłem jeszcze na dzika, słysząc wiele pogłosek o tym, jak bardzo mogą być one niebezpieczne. Wolałem tego nie sprawdzać.

Pochyliłem się na chwilę, znajdując w ściółce magicznie wyglądające pióro.

Wyrazisty błękit przeplatany przez czarne paski – nie miałem wątpliwości, kto mógł zgubić tak barwne upierzenie.

Uznając to za znak dobrej passy, delikatnie schowałem swoje znalezisko do kieszeni spodni.

W domu miałem już trzy takie, lecz dalej nie natrafiłem na żadną sójkę. Bardzo płochliwe ptaki ciągle znajdowały się poza moim zasięgiem wzroku, ale nie poddawałem się tak łatwo, wierząc że któregoś dnia wreszcie się spotkamy.

Pozornie głupie, ale dla mnie byłby to jeden z lepszych dni tutaj, jeśli rzeczywiście by się udało.

Moje przyziemne pragnienia były naprawdę proste i nikt nie potrafił tego zrozumieć. Tłumaczyłem zwykle, że jeśli przystaniesz choćby na chwilę, wtedy będziesz w stanie spojrzeć na to miejsce moimi oczami. Duże molochy, miasta i dzielnicę przepełnione gwarem to tylko część egzystencjonowania, dlatego obiecałem sobie, że nigdy nie przestanę słyszeć pieśni lasu.

Dawało mi to swoiste przekonanie znaczące dla mnie bardzo wiele, sporą dawkę siły, by trwać i wiarę by działać – może dzięki temu wciąż żyłem...



Minęło półtorej godziny nim wydostałem się z zagajnika, stawiając nogę na betonowym, dobrze mi znanym kawałku ziemi.

Wyciągając telefon chciałem w pierwszej kolejności zadzwonić do Matysa, by poinformować go, że dotarłem cały i zdrowy. Chciałem powiedzieć mu, że zaraz u niego będę.

Przyłożyłem nokię do ucha i wsłuchiwałem się w puste sygnały.

- Hej! Czy to nie ten knypek, który nas podkablował psiarni?

Usłyszałem, gdzieś za sobą dziwnie znajomy głos, na dźwięk, którego aż się wzdrygnąłem. Automatycznie odwróciłem się w tamtą stronę, by prędko sprawdzić, czy przypadkiem nie mówią o mnie.

Ciemnowłosy, umięśniony chłopak wskazywał na mnie palcem, pytając się swojego kolegi i trącając go łokciem.

Wróciły do mnie moje stare niedokończone sprawy, czy też błędy z przeszłości.

''Zapomnijcie o tym, co mówiłem o byciu konfidentem, bo bliżej było mi teraz do mitomana... Zmieniłem się po tym, jak zaczęło mi to przysparzać zbyt wiele problemów...''

Nie czekając na rozwinięcie się sytuacji, czym prędzej wziąłem nogi za pas.

- Łap go! Spuścimy mu takie lanie, że już więcej gęby nie otworzy! - Krzyknął drugi, widząc moją gwałtowną reakcję.

Adrenalina zaczęła buzować w moich żyłach sprawiając, że nie czułem już nawet zmęczenia. Biegłem ile sił, ze świadomością tego, że jeśli tych dwóch dwu metrowych typków mnie złapie, to zgniotą mnie na miazgę.

''Jeśli mnie złapią, to będę martwy!''

Ich przewagą były stosunkowo dłuższe nogi od moich, dlatego ciągle siedzieli mi na ogonie.

''Sama ucieczka nie wystarczy!'' - Musiałem szybko myśleć, jednocześnie skupiając się na drodzę, by nie trafić na ślepy zaułek.

Postanowiłem zafundować im bieg z przeszkodami, wchodząc na cudzą posesję i przeskakując przez bramę z drugiej strony, z początku szarpiąc metalowymi szczeblami, by przekonać się, że wszystko pozamykane jest na kłódki.

Strategia ta naprawdę działała, aż sam byłem w szoku, kiedy ich luźne ubrania zahaczały się podczas przechodzenia przez ogrodzenie.

Wierzyłem, że może to ich zniechęci lub po prostu jakimś cudem uda mi się znaleźć tak dobrą kryjówkę, że nie będą w stanie mnie znaleźć.

Oglądałem się co jakiś czas, by sprawdzać ich obecną lokalizację, co również dawało mi przewagę, by nie zostać złapanym przy wylocie, z którejś uliczki.

Zeskoczyłem z wysoka i niespodziewanie przestraszyłem się osoby, która pojawiła się tuż obok. Nieprzeciętnej urody, niższa, rudowłosa dziewczyna była chyba tak samo zaskoczona moim widokiem. W końcu nieczęsto, ktoś ci spada tak po prostu z nieba i staje przed tobą.

Rozproszyła moją uwagę, bo przez kilka kolejnych sekund wpatrywałem się w nią jak w obrazek albo jakbym przynajmniej zobaczył jakiegoś ducha.

''Nie mam na to czasu teraz!'' - Pomyślałem, przecierając oczy i próbując przedostać się na drugą stronę kolejnej z barier naprzeciwko, jednocześnie nie mówiąc do niej ani jednego słowa.

''Za wysoko!'' - Przekląłem w duchu, próbując podskoczyć i odbijając się od ścianki wybić się na tyle mocno, by przejść. Sam widok musiał być naprawdę komiczny, bo wyglądałem bardziej jak dziecko usiłujące wydostać się z kojca.

Denerwując się, nie zauważyłem skrzynki, czy też kratki po piwie walającej się tuż przy moich nogach.

Korzystając z dostępnej opcji wreszcie poradziłem sobie i znalazłem się na czyimś podwórku, jednak to nie był całkiem udany przeskok. Narobiłem sporo hałasu, kiedy jedna noga została po zewnętrznej stronie, zaczepiając się na krótko o długie wystające drzazgi, w efekcie czego niekontrolowanie upadłem na twardą glebę.

Zegar tykał, a zagrożenie zbliżało się nieuchronnie. Bałem się, że kończy mi się czas.

- Proszę, pomóż mi! Powiedz im, że pobiegłem... gdzieś dalej... proszę! - Zawodziłem, kierując swoją prośbę do dziewczyny, mając resztki nadziei, że jeszcze tam stała.

Usiadłem w najgłębszym rogu tuż za gołębnikiem, przyciskając mocno trzęsące się nogi do klatki piersiowej.

'' To koniec... co jeśli jej tam nie ma.'' - Myślałem nasłuchując i nie wiedząc, dlaczego mi nie odpowiada. Dotykając obu kostek sprawdziłem, czy nie skręciłem sobie niczego podczas wykonywania tak skomplikowanych akrobacji.

Czułem również dziwne mrowienie oraz ciepło na prawej ręce niedaleko zgięcia, ale stwierdziłem, że musiałem tylko w coś uderzyć.

Jedno zmartwienie odeszło, kiedy okazało się, że nie odniosłem większych obrażeń, ale takie czekanie w niepewności zupełnie mnie wykańczało.

Wstrzymałem oddech, gdy odezwał się zachrypnięty głos, któregoś z osiłków.

- Gdzie on jest?! - Wrzasnął wściekle, dysząc głośno, po czym dodał. - Hej mała! Nie widziałaś tu, gdzieś uciekającego niziołka? - Powiedział z wyraźną kpiną w głosie, nie mając ani do mnie ani do niej szacunku.

''Więc jednak zostałaś? Czy to może już ktoś inny tam zawędrował... ''

Dziewczyna nie odezwała się słowem, więc pomyślałem, że mogła po prostu się ich przestraszyć. Wątpiłem w to, że jest skłonna mi pomóc, dlatego na wszelki wypadek trwałem w pozycji zapewniającej mi szybki start, gdybym miał nagle znów uciekać.

Prawda była taka, że nie musiała się mieszać w sprawę, która jej nie dotyczy – nie oczekiwałem wiele.

''Ale czy na serio, chcesz mieć mnie na sumieniu?''

Otworzyłem szerzej oczy, patrząc w górę, ponieważ po mojej stronie ogrodzenia, na drewnianym płocie były czyjeś grube paluchy.

Prędkim ruchem przyłożyłem dłoń do ust, by nie wydać przez przypadek choćby najmniejszego dźwięku. Prawie krzyknąłem z przerażenia, które wówczas mnie ogarniało, solidnie testując moje nerwy.

Nastała głucha i bardzo niepokojąca cisza, jakby ci dwaj się tam naradzali, albo co gorsza szykowali na mnie jakąś zasadzkę. Zwątpiłem w to, że siedzenie w jednym punkcie było świetnym pomysłem.

Serce dudniło mi tak mocno, że wyraźnie mogłem słyszeć ten szalenie szybki rytm.

Niespodziewanie rozległ się szum, który przypominał odgłos ścierających się butów o kamieniste podłoże – jakby mój problem postanowił się ode mnie oddalić i tym razem darować moje marne życie.

- Spokojnie, już sobie poszli. Jesteś bezpieczny. Nie musisz się niczym martwić. - Powiedziała cicho nieznajoma, uspokajając mnie tą wieścią znacznie.

Chciałem, czym prędzej podziękować jej za tak dzielną postawę i oczywiście za ratunek.

Okazało się wówczas, że oddałem mój skok wiary trochę bez sensu, gdyż furtka cały czas była uchylona, czego w nerwach nie zdołałem pojąć.

Wychyliłem się wolno, by upewnić się, że tamci dwaj naprawdę zniknęli.

Nie zauważając nigdzie na horyzoncie zagrożenia głęboko odetchnąłem.

- Wiesz... Bardzo ci dzię... - Przerwałem wpół zdania widząc, jak jasno czerwone krople krwi skapują z wilgotnego rękawu rozbijając się o ziemię. - ...kuje? - Dokończyłem nie wiedząc, co się dzieje.

Później znalazłem przyczynę, którą okazała się dziura w starej koszuli. Wkładając tam palce trafiłem na kawałek czegoś twardego, lekko się krzywiąc.

Spodziewając się drzazgi, nawet nie muszę mówić jakie było moje zdziwienie, kiedy wyjąłem z rany ostro zakończone szkło o pięciomilimetrowej średnicy.

Uchyliłem usta, pozostając dalej w głębokim szoku. Zrobiłem krok w tył, dotykając plecami drewnianego płotu, przez który miałem teraz tyle kłopotów i zsunąłem się po nim lądując w siadzie.

- Słabo mi... - Powiedziałem, krótko wypuszczając spomiędzy palcy odłamek. Mętny wzrok skierowałem na ziemię, będąc na cienkiej granicy, by zaraz nie odpłynąć.

''Co jeśli mam szkło w ranie... albo co gorsza w żyle...'' - Nie mogłem powstrzymać natrętnych obrzydzających mnie myśli, nie chcąc sprawdzić nawet jak to wygląda.


* * *
(Dziękuję za uwagę - to by było już wszystko :) 
Napiszcie, co sądzicie - ja się tak uśmiałem, jak to pisałem XDD szczególnie, kiedy myślałem nad rymującymi się obelgami :o
Ale się dzieje tera! 
Christ, który powinien trzymać się z daleka od łamania prawa powiedział swojemu znajomemu, że idzie z nimi na kolejne włamanie O-o jak widać niczego się nie nauczył na błędach z przeszłości XD
no cóż... 
Chyba, że ktoś go przed tym powstrzyma ? hmm 
Albo prędzej się wykrwawi :O 
Jeszcze wszystko przed nami :D Choć wreszcie nasi główni bohaterowie postanowili się spotkać :D 

Fragment, w którym Christ zeskakuje koło Nikki skojarzył mi się z piosenką: It's Raining Men XDD

Zaraz potem ci dwaj chłoptasie zrobili tak samo przechodząc przez ogrodzenie, więc to był naprawdę obfity w mężczyzn deszcz XD hahah XD
To stwierdzenie zaskoczyło i mnie XD chyba powinienem zostać komentatorem XD

Pozdrawiam
HimeDerHi



NASTĘPNY ROZDZIAŁ>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz