''Trening czyni mistrza''
Przez chwilę zastanawiałem się jak zejść, dookoła zawieszona była gęsta mgła, która utrudniła moje planowanie. Nie widziałem jej wcześniej, pojawiła się tak jakby nagle.
''Jak odnaleźć się w tej zupie? Jak trafić do domu? Przecież nawet nie wiem, gdzie jestem''.
Delikatnie i z wyczuciem stawiałem kroki schodząc po skale. Źle złapałem i mało co nie spadłem. Zsunąłem się, był to szybszy sposób niż mozolne trzymanie się kwiata jak motyl. Poraniłem swoje dłonie, lecz był to ból nieistotny.
Będąc już na ziemi dotknąłem ją palcami, po czym usiadłem. Czułem się całkowicie zmieszany - wesoły choć smutny, szczęśliwy choć obolały.
''Dokąd mam iść?'' - Oddychałem głęboko będąc całkowicie opanowanym.
Otoczony przez ciemność szukałem jakiegoś mądrego rozwiązania. Wtem przypomniało mi się przysłowie mojego dziadka, który zawsze powtarzał:
''Idź prosto jak w mordę strzelił''
Co prawda mówił to zawsze wskazując turystom drogę do najbliższego sklepu w mieście, jednak ten jeden raz mogłem go posłuchać.
Złamałem gałąź i biorąc kij w ręce rozgarniałem mgłę, która była oporna na wszystkie działania. Owijała się tylko dookoła patyka... Straciłem z pola widzenia swoje własne dłonie.
Po trzech godzinach marszu zrezygnowałem i wlazłem na drzewo, by odpocząć patrząc na wszystko z góry. Byłem bardzo zmęczony, oczy same się zamykały. W tle słyszałem jeszcze szeleszczące krzaki i wycie wilków. W tym klimacie przeniosłem się do krainy snów.
* * *
Ziemia się zatrzęsła, ptaki wzleciały stadnie w powietrze. Ciszę przerwał huk niosący się echem.
Prawie zleciałem z drzewa, jednak w ostatniej chwili ocaliła mnie gałąź, za którą złapałem.
Powisiałem tak przez moment, aż w końcu rozbujałem się i zeskakując na niższy szczebel klonu, mogłem spokojnie zejść na ziemię.
Następna eksplozja była już mniej wydajna. Pobiegłem w stronę, z której dobiegały owe odgłosy, by zobaczyć co się dzieje.
Na horyzoncie spostrzegłem trzech mężczyzn w czarnych płaszczach sięgających aż do ziemi. Każdy z nich na rękawie odznaczony był szarą opaską z czerwoną literą ''Z''.
Nagle zorientowałem się kim oni są:
''To przecież zabójcy'' - Legendarny klan z Krainy Cienia. Legion wyposażony w najgroźniejszych wojowników, szpiegów i wszystko co złe. Organizacja stojąca na równi z drugim klanem, który jest ich głównym przeciwnikiem, czyli z Łowcami.
Chciałem czym prędzej zawrócić, ale usłyszałem żałosne wołanie. Damski głos proszący o pomoc.
- Wypuście mnie!
Wtedy dotarło do mnie, że nie mogę tak po prostu uciec. Jako poszukiwacz przygód muszę bronić słabszych!
Przywiązana do drzewa dziewczyna rzucała się strasznie. Nie była zbyt piękna z twarzy, raczej przeciętna, cały urok schowany był w jasno zielonych oczach i ciemnych włosach w tym samym kolorze sięgających do pasa.
Podszedłem bliżej i wtedy usłyszałem rozmowę tych zbójów.
- To co z nią zrobimy? - Zapytał blondyn z fioletowym spojrzeniem. Wyglądało na to, że zajmował stanowisko przygłupa w tej drużynie.
- My pójdziemy podbić tą wioske, a ty rób z nią co tylko chcesz. - Powiedział rudy wyglądający na ich szefa.
Dwoje zniknęło w krzakach, a trzeci głośno mruczał rozmyślając.
- Mam pewną propozycję. - Powiedział, wtedy dziewczę zamilkło. - Wiem, że jesteś łowczynią i dlatego możesz dołączyć do nas. Całkiem zwinnie się ruszasz, podoba mi się to. - Uśmiechnął się do niej. - Albo masz jeszcze inne wyjście, ale jak poderżnę ci gardło, wtedy już nie będziesz mogła zmienić zdania. Powiedz złotko, co wolisz?
- Nigdy! - Wrzasnęła potrząsając włosami. W migoczących od strachu oczach palił się pewien żar, którego nie mogli przezwyciężyć. Były to jej własne przekonania i wierność swojemu klanowi.
- W takim razie zginiesz, tylko znajdę nóż...
Westchnął głośno, po czym zaczął grzebać w torbie.
Korzystając z okazji zakradłem się od tyłu i wskoczyłem mu na plecy. Dryblas tracąc równowagę przewrócił się uderzając głową o kamień. Od razu stracił przytomność.
- No w końcu. - Powiedziała do mnie jakbyśmy znali się od dawna.
Odwiązałem sznur, oswobadzając ją.
- Co tak długo?
- Czy ty mnie z kimś nie pomyliłaś? - Zapytałem lekko zawstydzony jej pewnością siebie.
-Ależ nie, ja cię znam.
- Ale ja ciebie nie kojarzę...
- Ty jesteś moim wybawcą i jestem ci teraz winna przysługę. Dopóki jej nie spłacę, nie odejdę. - Uśmiechnęła się szeroko.
- Niech ci będzie. - Odpowiedziałem od niechcenia.
- Tak przy okazji to jestem Katia.
- Ja nazywam się Rex.
Zapanowała krótka cisza, którą zaraz przerwała.
- Czemu mnie uratowałeś?
- Jesteś z klanu, do którego chcę w przyszłości wstąpić, jestem zdania, że trzeba pomagać swoim. - Odpowiedziałem po namyśle.
- Będziesz świetny, na pewno! Ta taktyka... zainponowałeś mi jak perfekcyjnie obrałeś kąt skoku, przewracając przeciwnika w taki sposób, by upadł bezpośrednio na kamień. Genialne!
''O czym ona mówi? Chyba mnie chwali, więc będę przytakiwał...''
-Tak, tak właśnie było. ^^''
- Nie pora na pogaduchy, idziemy stąd póki tamci nie wrócili.
- Racja.
Pobiegliśmy w lewo przez zarośla. Zatrzymując się dopiero nad rzeką.
- Z jakiej jesteś krainy?
- Piorun, a ty? - Zadawała stanowczo za dużo pytań, jak na początek znajomości. Bardziej rozgadana niż Strajker.
- Dźwięk, ale jak na razie specjalizuję się w technikach leczenia.
- Jesteś wspierającym więc, jeśli chodzi o pozycję w grupie. Dlaczego jesteś tu sama, gdzie twój obrońca?
- Chciałam zapracować na wyższą rangę wykonując jakieś proste zadania... ale sama nie jestem w stanie zrobić nawet tego. Moi towarzysze wciąż się ze mnie śmieją, dlatego wyruszyłam w podróż.
- Nie rozumiem dlaczego cię tak nie doceniają, pełnisz ważną rolę jak każda inna, jesteś odpowiedzialna za ich życie. Leczysz rany, wypędzasz choroby... - Poirytował mnie fakt, że jest tak pomijana. - Dobrze robisz próbując się usamodzielnić, wybić wyżej w rankingu, jednak może kwestią jest to, że trafiłaś na niedpowiednich ludzi. Nie wiem czy weźmiesz do serca rady jakiegoś dzieciaka, który nie należy jeszcze do żadnego z klanów. Rady zwykłego poszukiwacza przygód, ale będąc na twoim miejscu zbratałbym się z innymi ludźmi dającymi ci większe możliwości. Istnieją grupy w klanach, w których wbijanie rangi jest przyjemnością, na którą chodzą wszyscy razem. - Uśmiechnąłem się lekko.
Dziewczyna otworzyła szerzej oczy patrząc na mnie z podziwem.
- Nigdy tak o tym nie myślałam... Dziękuję.
- Nie masz za co dziękować. Katia, powiedz mi czy wiesz, gdzie znajduje się Kraina Pioruna?
- Tak, a czemu pytasz?
- Zaprowadzisz mnie tam?
Zielono włosa zacisnęła mocno usta, zamknęła oczy, po czym wybuchła śmiechem.
- Ty jesteś z tej krainy, a nie wiesz gdzie ona jest! Oczywiście, że cię zaprowadzę, ale to będzie moja przysługa dla ciebie.
- Ma się rozumieć. - Przytaknąłem, choć miała ciekawą osobowość, to jej pomysł też nie był zły. Praktyczne z pożytecznym, wrócę do domu jednocześnie pozbywając się ogona. Mam już swoją drużynę, można było tak to ująć, nie chciałbym hamować jej wśród słabeuszy, w końcu na pewno była silniejsza od nas wszystkich.
Dziewczyna długo opowiadała o sobie i o misjach z jakimi na co dzień mierzą się Łowcy. Imponowało mi to wszystko, sprawiając że czym prędzej chciałem zacząć kształcenie się na jednego z nich.
- A czy to prawda, że Łowcy znają mapę całego świata? - Zapytałem, by sprawdzić czy plotki, które słyszałem są prawdziwe.
- Jasne, a przynajmniej tereny, które są zaznaczone. Jak wszyscy nie wiemy, co jest dalej poza obrysowanymi konturami mapy.
- Jak to... czyli, że są obszary nie odkryte jeszcze przez nikogo?
- Tak. - Odpowiedziała bez namysłu. - Ponoć są to ziemie, które nie dają zwykłym ludziom szans na przeżycie. Stwory są tam o wiele silniejsze i dziwniejsze, a gdzie niegdzie osady mają demoniczne bestie.
Nie mogłem wyjść z podziwu, jednak póki co nie chciałem się tam znaleźć, dlatego, że jeszcze wiele musiałbym się nauczyć.
W tym przyjemnym klimacie błąkaliśmy się długo po lesie. Powoli zaczynałem wątpić w jej umiejętności, zaczęło mi się wydawać, że wcale nie wie, gdzie jesteśmy i co gorsza... gdzie idziemy.
- Czy na pewno wiesz gdzie jesteśmy?
- Już niedaleko. -Powtarzała za każdym razem, kiedy pytałem.
Po godzinie, jednak udało nam się dotrzeć na miejsce.
- Umowa została dotrzymana. - Odparła zadowolona z siebie uśmiechając się.
- Gdzie teraz zmierzasz? - Powiedziałem, podając jej dłoń na pożegnanie.
- Muszę dojść do Krainy Ziemi, mam tam misję. Może przy okazji znajdę sobie nową drużynę.
- W takim razie powodzenia, niech los ci sprzyja.
Puściła moją dłoń i machając w biegu odkrzyknęła: - Wzajemnie młody! Widzę cię w naszym klanie, pamiętaj!
Znajdując się na obrzeżach miasta, łatwo trafiłem do domu.
''Idealnie na porę obiadową.'' - Pomyślałem przyśpieszając kroku.
W całym miasteczku czuć było przyjemne zapachy najróżniejszych potraw.
Po cichu wkradłem się do kuchni. Na blacie stołu stało ciasto z malin. Jednym szybkim ruchem chwyciłem je i przetransportowałem się niezauważony do swojego pokoju.
Byłem tak wygłodzony, że zjadłem je całe w mgnieniu oka. Położyłem się na łóżku i czekałem na dalszy ciąg zdarzeń.
Wkrótce słychać było awanturę między rodzicami.
Kiedy uspokoili się trochę, wzięli pod lupę dwa wyjścia.
- Albo Rex wrócił, albo był tu sąsiad.
Drzwi do mojego pokoju otworzyły się i wtem usłyszałem dwa głosy wypowiadające moje imię. Jedno brzmienie określało zdenerwowanie, a drugie zdziwienie i nutę szczęścia, z mojego powrotu.
Widząc ojca wstałem na równe nogi.
- Czemu mnie tam zostawiłeś? - Rzuciłem pretensjonalnie.
- To był test. - Odpowiedział krótko, zaraz potem dodając. - Nie nauczyłbyś się wielu potrzebnych rzeczy, gdybym ciągle za tobą chodził, a teraz przynajmniej nie będę się martwił, że nie przetrwasz w ciężkich warunkach. Wykazałeś samodzielność i swoją siłę, jednym słowem zdałeś.
- Świetnie. - Odparłem bez entuzjazmu. - Powiedz mi tylko, że będziemy dziś jeszcze coś trenować. - Użyłem sarkazmu, gdyż nie miałem ochoty na nic więcej po tej beznadziejnej próbie.
- Nie zgadłeś, dziś masz wolne. - Jak zwykle nie zrozumiał mojego sarkazmu. . . cóż można było na to poradzić, może kiedyś go nauczę.
* * *
Minęło pięć dni, zaczął się drugi tydzień treningu.
Powoli stawałem się coraz lepszy i silniejszy. Zawarłem również przyjaźń ze swoim demonem i zacząłem dogadywać się z ojcem bardziej niż zwykle. Przestało mi przeszkadzać również wczesne wstawanie, zrozumiałem, że im później się wstaje, tym bardziej dzień zmarnowany. Pamiętając przy tym o dniu odpoczynku, którym powinna zawsze być niedziela.
Wiedziałem coraz więcej, myślałem bardziej logicznie i taktycznie.
Ojciec podszedł do mnie i chwycił za moje ramię.
- Dziś poćwiczymy podstęp i zwiększymy wytrzymałość.
- Zaczekaj tu na mnie. - Pobiegł gdzieś znikając na dłuższy moment.
Gdy wrócił, wyjął z kieszeni małą skrzynię. W środku były drewniane kukiełki. Rozstawił je po polu treningowym i obsypał biało - szarym proszkiem.
Spojrzałem na niego zdziwionym wzrokiem, gdy powiększyły się do moich rozmiarów.
- Trzymaj. - Powiedział wręczając mi do rąk sztylet.
- Co mam robić? - Czekałem na dalsze wytyczne.
- Już wyjaśniam. Te niezwykłe kukły są specjalnie stworzone przez kowala, można je kupić za parę monet. Mają wbudowane pewne opcje sprzyjające treningowi. Ściślej mówiąc są ruchome, atakują, kiedy coś usłyszą.
- Czemu nie dasz im broni?
Ojciec zaśmiał się głośno. - Nie próbuj być tak zaraz hop do przodu, najpierw spróbujemy na sucho.
Ustawiłem się na pozycji startu, nadstawiając uszu na sygnał rozpoczynający.
- Zaczynaj. - Wcisnął jeden z kolorowych przycisków na panelu sterowania dołączonego do zestawu.
Trzy manekiny odwróciły się do mnie plecami.
Skradałem się po cichu, lecz dalej słyszałem swój oddech i szuranie butami o ziemię.
W jednej szybkiej sekundzie kukła odwróciła się i uderzyła w moją klatkę piersiową. Uderzenie było tak silne, że nie mogłem na dobre złapać wdechu. Nawet moja postawa nie była tu skuteczna, odrzuciło mnie na bok i powaliło na kolana. Nieco oszołomiony nie czekałem długo i od razu wstałem.
- Rex, słuchaj! - Zakrzyknął z bezpiecznej odległości. - Wyobraź sobie, że to prawdziwa walka. To nie jakiś tam byle kawał drewna, to ludzie! Postaraj się bardziej albo cię załatwią!
Biorąc sobie jego radę do serca, spojrzałem na to z zupełnie innej perspektywy. Ukazał mi się las ogarnięty przez mgłę i trzech osiłków, którzy wtedy złapali Keit. Zamiast zielonowłosej dziewczyny zobaczyłem Elzę, która krzyczy, by jej pomóc. Dookoła ciemne prawie że czarne drzewa ze smolistymi liśćmi powiewającymi na chłodnym wietrze.
''Mam tylko jedną szansę.'' - Pomyślałem, nie widząc na sobie wzroku wrogów.
Przedarłem się koło pierwszego, trafiając zaraz za plecy kolejnego. Musiałem szybko reagować, gdyż zbir usłyszał moje kroki. Odskoczyłem i lekko wylądowałem na mchu za dowódcą ich bandy.
Rudy zabójca nie był już tak łaskawy i korzystając z okazji uniósł swój miecz do góry i z pełną siłą uderzył we mnie. Odczułem przeogromny ból, a co gorsza goszki smak klęski.
Trochę to trwało nim opanowałem cichy sposób poruszania się i zmiany miejsca w przypadku nagłego uniku czy skoku, którego całkowicie wyciszyć się nie dało.
Pojąłem tą technikę dopiero po godzinie. Ojciec mógł w końcu wyposażyć manekiny w bronie.
Przechodząc na wyższy poziom musiałem unikać ciosów i jednosześnie uderzać. Nie ukrywając, kosztowało to dużo wysiłku i koncentracji.
Jeśli nie trafiłem któregoś z przeciwników, to zmuszony byłem zacząć od początku. Pole bitwy zmieniało się pod wpływem mojej wyobraźni, sytuacja także była inna, zupełnie jakby każdej walce towarzyszyła osobna historia.
Dawałem sobie radę, raz za razem kasując kolejnego z pomiotów. Kilka ran na ciele przeszkadzało w pojedynku, jednakże były rzeczy ważne i ważniejsze, a chcąc być silniejszym za wszelką cenę chciałem chronić swoich towarzyszy. Z zapałem w oczach nie zatrzymałem się, aż wszystkie nie runęły na ziemię.
Powietrze stało się przejrzyste, a podłoże bardziej zwyczajne... tak samo jak i niebo w przyjemnym błękicie.
- W końcu jakiś postęp. - Usłyszałem jak klaszcze.
Zsapany uniosłem sztylet do góry na znak zwycięstwa.
- To jeszcze nie koniec, nie ciesz się tak. - Przemówił, by mnie dobić. Przez moment zastanawiałem się czy aby nie żartuje, jednak jego twarz wtedy nie jest taka poważna. Przyjąłem więc tę ciężką wieść na swoje barki.
- Tak jest. - Odpowiedziałem krótko.
Sprzątnął pole walki, dając mi chwilę przerwy. Następny sort kukiełek był inny od poprzedniego. Drewno pomalowane było białą farbą.
- Czym te się różnią? - Zapytałem od razu.
- Walczyłeś już z wojownikami, teraz przyszła pora na magów.
- Skoro oni używają magi, czy to znaczy, że ja też mogę?
-Oczywiście. - Uśmiechnął się wskazując na pole startowe.
Rozprostowałem palce i ruszyłem w wyznaczone miejsce.
* * *
Minęła kolejna godzina.
Wykończyłem wszystkich magów, było to łatwiejsze niż użeranie się z szybkimi wojownikami.
Zaskoczeniem w tej walce było odkrycie, że moje cele mają na sobie pancerne zbroje.
'Grad piorunów' w tej sytuacji skutecznie podziałał. Drewno pod ich okryciem spłonęło.
- Masz ich jeszcze? - Porządnie rozgrzany oczekiwałem na więcej wrażeń. Adrenalina podczas pojedynków była przewspaniała!
- Najlepsze zostawiłem na koniec. - Spojrzał na nie jakby pytając czy jestem tego pewien.
- Tak myślałem. - Zatarłem ręce i przykucnąłem na barierce odgradzającej plac treningowy od lasu.
Kolejna przerwa tym razem przed Bosem. Nie mogłem się doczekać, mięśnie drżały od wysiłku, za to oddech uspokoił się trochę przy spoczynku.
Arena ponownie została wyczyszczona.
Kukły zostały rozsypane po całym terenie. Wsród nich były zwykłe brązowe, białe i jedna największa z najbardziej przyzdobioną zbroją. Każda z nich była od razu uzbrojona i gotowa do działania.
- To co, startujemy?
- Proszę cie bardzo. - Odparł uruchamiając mechanizm.
Bitwa rozpoczęła się! Prócz magów i wojowników mierzyłem się również z łucznikami. Salwa strzał została wystrzelona w moim kierunku. Bez paniki, zręcznym ruchem wytworzyłem barierę. Nie zatrzymałem się, gdy pył z ziemi zasłonił wszystko, potraktowałem to jak szansę.
''Pora na mój ruch''
- Grad piorunów! - Wykrzykąłem znajdując się w samym centrum między kukłami. Uniosłem rękę do góry i wytwarzając ładunki sprowadziłem gromowładne moce.
Miejsce boju w dalszym ciągu nie było ani trochę przejrzyste. Słysząc świst strzał ponownie skorzystałem z bariery.
Powietrze powoli stawało się klarowne, przejrzyste. Wtem otworzyłem szerzej oczy ze zdziwienia.
''Nie zraniłem ani jednego. . . jak to możliwe...''
Będąc w lekkim szoku otrzymałem parę lekkich obrażeń od strzał. Doszło do mnie, że muszę skupić się na pojedyńczych grupach.
Łucznicy mają dobrą prędkość, ale słabe zbroje.
- Elektryczne pole. - Wykonałem odpowiedni gest. Po całej arenie przeszła fala energii. Wyglądało to jakby czar nie podziałał, lecz skutek był zamierzony. Zaklęcie to działa jak paraliż, przeciwnicy przez parę sekund nie mogą się ruszyć.
Wykorzystając ich słabość zaatakowałem ponownie atakiem magicznym: - Furia Gromu!
W obu moich dłoniach pojawiły się żółte iskrzące kule. Rzucając je pod odpowiednim kątem wykonały cięcie, powalając szeregi łuczników.
Następnie energia ta wróciła do mnie jak bumerang, dając mi dodatkowy efekt, zyskałem zwiększoną prędkość ruchu.
Z okrzykiem wleciałem w następny rząd wojowników i magów. Mając duże pokłady determinacji, pozbyłem się ich szybko.
Został tylko jeden najtwardszy czempion, posługujący się kolczugą i czarami.
Znów wykonałem rzut, krzyżując go z innym zaklęciem.
- Grad piorunów!
Ciosane kule uderzyły przeciwnika w tył pleców osłabiając przy tym pancerz. Kolejnym etapem był potężny atak.
''To wszystko, co mogłem z siebie dać.'' - Pomyślałem upadając.
Nie wiedziałem, czy udało mi się go pokonać. Mój limit się wyczerpał, ból przenikał całe moje ciało. Zupełnie jakby ktoś wbijał w mięśnie igły.
Nagle usłyszałem huk, uśmiechnąłem się lekko. Dźwięk ten świadczył o tym, że przeciwnik również runął na glebę.
W tle słyszałem też oklaski.
- Jesteś gotów. - Powiedział podchodząc do nie i podnosząc mnie z parteru. Kiedy zobaczył, że nie mogę ustać zarzucił mnie przez ramię i ruszył w stronę domu.
Nie myślałem zbytnio nad tym co powiedział, zmęczenie wzięło górę. Oczy jakby same się zamknęły opuszczając świadomość.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz