sobota, 9 września 2017

4$ His - Rozdział 17

ROZDZIAŁ 17
 ''Ułaskawienie''
 
Zdziwiłem się, gdy nikt tym razem nie przerwał mojego wypoczynku. Sam z siebie obudziłem się dość wcześnie. W domu panowała cisza jak makiem zasiał.
Wpadłem wtedy na genialny pomysł, by odwdzięczyć się ojcu za te wszystkie uciążliwe pobudki. Chwyciłem wiadro i po cichu wypełniłem je wodą.
Stąpając na palcach wkroczyłem do sypialni rodziców. Strona łóżka na której śpi mama była cała... jak by to ująć, jakby w nocy przeszedł tam huragan. Zaradna i energiczna kobieta wyszła z samego rana do sklepu, wywnioskować to mogłem po braku słomianego koszyka, który bierze zawsze ze sobą, idąc na rynek.
W drugiej części łoża leżało coś na kształt kokonu, okryte pozostałymi kołdrami i kocem.
Zaczaiłem się i gdy już chciałem lać wody zemsty zatrzymał mnie głos zza pleców.
- Ani mi się waż.
Odwróciłem się i wtem zobaczyłem ojca w piżamie. Stał w progu trzymając w rękach kubek gorącej herbaty.
Odstawiłem wiadro na ziemię uśmiechając się niewinnie.
- Już nie śpisz? - Byłem wyraźnie zszokowany tym faktem.
- Jak widać. - Odpowiedział krótko, po chwili dodając.- Widzę, że wróciłeś już do siebie po wczorajszym wyzwaniu. Czyli, że możemy kontynuować szkolenie.
Wyszliśmy na zewnątrz po zmienieniu ubrań na odpowiednie.
- Rex, posłuchaj mnie uważnie, chcę ci przypomnieć nim ruszysz w świat. Pamiętaj, by pomścić swoją siostrę, zabójstwo za zabójstwo synu. Chciałbym także, byś wstąpił do klanu Łowców, jednak do niczego cię nie zmuszam. Niech to będzie twoja decyzja. Cokolwiek zdecydujesz wiedz, że zawsze będę po twojej stronie.
- Dziękuję. - Odparłem, uśmiechając się szeroko. - Wiesz przecież, że o niczym innym nie marzę. Nie brałem nawet pod uwagę reszty odziałów. Więc staruszku, no dalej kończmy to szkolenie!
- Dobra, dobra. Jak zawsze niecierpliy. - Westchnął. - Test, który uszykowałem dla ciebie powinien zająć ci pięć dni. Nie mniej, nie więcej. Wszystko masz zapisane na tym. - Wręczył mi do rąk metalową sztabkę, której nie zdążyłem się przyjrzeć.
- Miłego testu. - Powiedział wytwarzając wokół siebie pomarańczowe pole, po czym zniknął.
Jedno mrugnięcie okiem, a tyle wrażeń. Całkiem niespodziewanie dotarło do mnie jednak, że to nie on zniknął... to ja zostałem teleportowany na szczyt klifu!
- Niech go szlag! - Wrzasnąłem, a echo poniosło się po zboczu.
Myślałem, że gorzej już być nie może, kiedy nagle tabliczka wyślizgnęła mi się z rąk, lecąc powolnie w dół skał.
- Wejście w demona! - Chciałem przeobrazić się w niego, jednak nie zawsze tak to działało, by to zrobić potrzebowałem jego zgody.
- Ile razy mam ci powtarzać, byś wołał mnie po imieniu, gdy czegoś chcesz. Jestem już znudzony. - Odparł potężny głos ziewając.
- Ciri, czy możesz?
Po chwili moje ciało zmieniło się.
- Skacz spokojnie, dasz radę! - Nakłaniał, bym zrobił tak jak mi podpowiada, a raczej jak karze. Ta wysokość była tak onieśmielająca, że nie mogłem nawet drgnąć.
Długo zastanawiałbym się czy na pewno chcę to zrobić, jednak i w tym przypadku nie miałem wyboru.
Mój demon zniecierpliwiony moim strachem zdecydował za mnie, dając o te parę kroków za dużo.
Spadaliśmy z wielkim krzykiem, przecinając mgły zawieszone w atmosferze.
'' Zaraz zginiemy !'' - Jedyna myśl towarzysząca mi przy tym zdarzeniu.
Najśmieszniejsze było w sumie to, że jak zawsze Ciri nie mylił się, a ja darłem się jeszcze przez chwilę, stojąc już na twardej ziemi. Gdy rozchyliłem mocno zaciśnięte powieki, nie mogłem w to uwierzyć. Byliśmy u podnóża góry! Słońce wpadało przez otwór, który zrobiliśmy między gałęziami spadając.
- Dzięki. - Powiedziałem, nie mogąc dalej wyść z podziwu dla jego umiejętności.
- Nie ma za co, zawsze do dyspozycji. - Odparł zwracając mi ciało. Dopiero wtedy poczułem jak moje nogi trzęsą się jeszcze pod wpływem adrenaliny.
- Gdzie ta tabliczka? - Zacząłem nerwowo się rozglądać, nie mogąc nigdzie jej wypatrzeć.
Dopiero, gdy zwiększyłem teren poszukiwań, znalazłem ją.
- Jest... - Wyszeptałem sam do siebie.
Ułożona na krzaku czekała tylko by ją podnieść, wtem zjawiło się jakieś paskudne żyjątko. Mały słigun bez żadnej przyczyny wziął do pyska metal i pobiegł.
- No, bez żartów... - Westchnąłem głośno, po czym ruszyłem za nim. - Zły słigun, oddawaj !!!
W międzyczasie, goniąc za złodziejem, chciałem przyzwać Gori, by zwiększyć swoje szanse na chwycenie go. Moje kieszenie jak nigdy świeciły pustkami...
- Dlaczego musisz tak utrudniać mi życie?! - Krzyczałem patrząc w niebo.
Przed wyjściem z domu ojciec musiał mi je opróżnić.
Najgorszą chwilą było zgubienie też stwora, który ukradł mi zgubioną wcześniej sztabkę. Ten dzień był po prostu straszny!
Gdybym nie był skupiony, nie usłyszałbym pewnie szumu, który zwierze to wydawało. Ruszyłem w dalszą pogoń, czując się trochę jak na polowaniu.
Po dłuższym biegu, wszystko nagle stanęło. Zupełnie jakby czas zatrzymał się w miejscu. Moje źrenice zmniejszyły się znacznie, nie ruchomy, osłupiały patrzyłem przed siebie. Słigun został przecięty wpół.
Otworzyłem lekko usta, nie mogąc nic powiedzieć.
Chłopak o czerwonym spojrzeniu podniósł ją z ziemi i stał z wyciągniętą ręką na wprost mnie.
- To chyba twoje. - Powiedział spokojnym głosem. Jego druga ręka nie wyglądała zbyt dobrze po naszym ostatnim spotkaniu, widać było, że dalej jest złamana i nie nastawiona.
Wyrwałem gwałtownie z jego dłoni swoją własność.
- Hej Rex. - Zaczął niepewnie. - Chciałbym ci coś powiedzieć.
Bez słowa słuchałem dalej.
- Kiedy wróciła mi pamięć, poczułem coś okropnego... dalej źle mi z tym wszystkim. Wiem, że czasu nie da się już cofnąć, ale... przepraszam cie... przepraszam za wszystko.
Jego twarz pełna była smutku, przez co serce mi miękło... w dodatku sposób w jaki to mówił, widać było mało spotykaną w tych czasach szczerość.
- Chciałbym wiedzieć tylko jedno... czy znów możemy... - Podszedł bliżej unosząc lekko prawą uszkodzoną rękę. Nie minęła chwila, gdy cofnął ją z powrotem, być może nie będąc pewnym, a być może z bólu towarzyszącemu złamaniu. - Czy możemy być dalej przyjaciółmi?
Kompletnie mnie zatkało, widząc jak mówiąc to płacze.
- Nie mogę tak łatwo ci wybaczyć. - Mimo tego, że byłem cholernie empatyczny... w tej chwili starałem się być oziębły.
''Przecież dopiero co złożyłem obietnicę ojcu...''
- A więc zabij mnie, odpokutuję swoje winy. . . w końcu skrzywdziłem cię nieodwracalnie.
- Nie. - Powiedziałem wyraźnie. - Nie o to chodzi... uważam, że twoja śmierć nie jest tu odpowiednim rozwiązaniem.
- Więc zrób ze mną co tylko chcesz. - Powiedział spuszczając wzrok.
Podszedłem więc do niego ostrożnie i odwróciłem plecami do siebie. Zatkałem mu usta i jednym ruchem nastawiłem kończynę, na którą nie mogłem już dłużej patrzeć.
Jego ciało drżało jeszcze jakiś czas po tym. Poczekałem więc w tej pozycji, aż ból minie.
Następnie wypuściłem go z uścisku.
- Moim jedynym życzeniem jest, byś zaczął od nowa.
Zdejmując z siebie pelerynę usztywniłem rękę, by mogła się w końcu odpowiednio wygoić.
- Wiele bym dał, byśmy mogli być dalej ze sobą, razem podróżować, ale nie mogę... Nie zrywam do końca naszych więzów przyjaźni, dlatego musisz odejść stąd jak najdalej, bym wiedział, że nikt z wioski cię nie skrzywdzi. Może i będzie ciężko, ale pamiętaj, by nigdy się nie poddawać. Chcę byś żył.
Chłopak uśmiechnął się lekko i ocierając zmęczone oczy z łez przyciągnął mnie do siebie.
- Mówisz to jakbyśmy widzieli się ostatni raz. - Powiedział kładąc swój podbródek na moim ramieniu. - Miłej drogi więc.
Po dość długim pożegnaniu odszedł i tyle go widziałem...
Wiedziałem, że jeśli kiedykolwiek przyjdzie nam się jeszcze spotkać, to zapewne wtedy staniemy do walki przeciwko sobie.
Odpoczywałem jeszcze godzinę, nim na dobre zabrałem się za swoje zadania.
Pierwsze z nich polegało na znalezieniu stwora i oswojeniu go. Szukaliśmy więc czegoś o nazwie ''Munda''. Pod zadaniem pojawił się obrazek z opisem wyglądu.
Zwierz ten jest mały - przypomina świnie.
Jest cały różowy, ma skrzydła jak orzeł i ogon jak jaszczur.
Tyle wystarczyło, bo przecież w życiu nie przegapiłbym latającej świni.
*      *      *
Po długim czasie w końcu znalazłem!
Udało mi się go złapać, a potem oswoić.
''Dlaczego te zadanie było takie proste.'' - Zastanawiałem się.
Myślałem już, że to koniec, gdy na tabliczce pokazało się kolejne polecenie. Pierwsze zniknęło w niewytłumaczalny sposób.
- Udaj się na Szare Moczary, znajdź tam replikę kryształu aniołów. - Przeczytałem na głos.
Pod misją ukazał się obrazek. Był na nim kryształ przypominający łze.
- Skąd mam wiedzieć, gdzie są te moczary?!
Nagle poczułem, jak coś ciągnie mnie za nogawkę spodni. To było moje małe różowe stworzonko, które najwyraźniej chciało pokazać mi drogę.
- No to idziemy. - Skinąłem głową ruszając za stworem.
*     *     *
To zadanie też wykonałem bardzo szybko, jedyne trudności jakie napotkałem, to walka z monstrami broniącymi repliki. Oczywiście musiałem się przy tym nieźle pobrudzić i zachłysnąć parę razy wodą z bagienka. (-.-)
Trzecie zadanie polegało na mało interesującej drobnostce, dlatego nie warto strzępić nawet języka, by o tym wspominać. Czwarte za to było na odmiennym,wyższym poziomie.
Miałem stoczyć parę walk za pomocą nowo nabytego stwora w celu ulepszenia jego umiejętności. Nagle nastąpiła przy tym niesamowita przemiana.
Z całkiem niewinnej małej Mundy na wielkiego stwora. Świńska głowa zmieniła się w groźnego dzika z wystającymi kłami, skrzydła powiększyły się i nabrałby dodatkowego blasku przy tym. Ogon pokrył się grubą łuską i sterczącymi czerwonymi kolcami.
Zmienił się także jej kolor, z różu na czerń.
- Teraz wyglądasz dużo lepiej. - Uśmiechnąłem się  w pełni zadowolony.
*          *          *
Parę dni później czas prędko mijał, mając pełne ręce roboty.
Ojciec musiał żartować z tymi pięcioma dniami. Misje nie miały końca, a był już dzień 12.
Każda z prób była coraz cięższa. Brakowało wody i pożywienia. Starałem się jak nigdy, by to przetrwać, musiałem być silnym.
Wziąłem tabliczkę do rąk po raz kolejny czytając, czego jeszcze ode mnie wymagają:
- Znajdź największe drzewo, tak zwane Elfrium Vatero, odnajdź na miejscu przyjaciela i wroga.
Zamiast obrazu miejsca lub osób, które mam odnaleźć pojawiła się tylko krótka notka w nawiasie.
(Nie możesz użyć magii, ani nikogo uderzyć).
Westchnąłem głośno, gdyż nie wiedziałem jeszcze na co się porywam. Poszedłem w ślady Mundy, która była dobrze obeznana z tym lasem.
Przeszliśmy przez jezioro, potem przez łąkę. Najgorsze było potem, droga przez cierniste krzewy i kaktusowe pola. Musielibyśmy je obejść, gdyby nie nagły atak mojego zwierza. Za pomocą cięcia wiatru utworzył nam przejście, dzięki któremu uniknęliśmy tych wszystkich kolcy.



*      *     *
Dziękuje za uwagę, tym krótkim akcentem kończymy ten rozdział :) 
Chciałbym mieć tak wspierającego ojca jak ten tutaj kiedy mówi do Rex'sa, że poprze go w jego wszystkich działaniach. Po mimo tego, że stale mają coś do siebie to i tak nie kłócą się na poważnie. Nie raz mnie to bawi, kiedy nawzajem sobie dogryzają, że tak to mogę ująć. 

Co tam jeszcze mógłbym powiedzieć? Rozdział ten wywarł na mnie sporo emocji, *smuteg* XD
Napiszcie co myślicie, będę wdzięczny :) Jakie towarzyszyły wam emocje podczas czytania? i tym podobne, czy bylibyście gotowi ruszyć na podobną przygodę
Kto z was łapał by różowego stworka? Jestem pewien w 100%, że znajdą się jacyś chętni :D
Do zobaczenia więc przy dalszej fabule :) 





POZDRAWIAM
HimeDerHi

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz