piątek, 29 września 2017

His 6 - Rozdział 5



Rozdział V



Will:
Zdecydowanym ruchem otworzyłem ciężkie drewniane drzwi do łazienki. 
Nerwy i złość którą czułem jeszcze przed chwilą zniknęły, a na ich miejscu pojawił się błogi spokój przeplatany lekkim, ledwie zauważalnym podnieceniem. 
Znów go widziałem, całego i zdrowego, wiedziałem że jest już bezpieczny. Brunet siedział skulony zaraz przy ubikacjach. Jego płacz odbijał się echem od płytek którymi wyłożone było pomieszczenie. Powoli podszedłem do niego i przykucnąłem obok by móc go wziąć w swoje ramiona, by nigdy więcej go z nich nie wypuścić. 
-Nigdy więcej mi tak nie rób, rozumiesz?- wyjąkałem, orientując się jak silne ogarniają mnie emocje- Nawet nie wiesz jak strasznie się bałem. Nie wybaczyłbym sobie gdybym znów cię stracił.
Poluzowując uścisk, pojąłem jego dłoń i przysunąłem ją do swoich ust. Była chłodna; delikatna i krucha jak gdyby zrobiona ze szkła. Uniosłem wzrok i zatopiłem się w jego kasztanowych oczach. Uśmiehnąłem się nieznacznie poprawiając kosmyk włosów który opadł mu na czoło. wierzchem dłoni otarłem łze która powoli suneła wzdłóż jego wychudzonej twarzy.
-Nie płacz- powiedziałem przykładając jego dłoń do swojego torsu- jestem przy tobie.
W tej chwili czułem się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Była to chwila gdy znów miałem go przy sobie. Byłem szczęsliwy. Zabójczo szczęśliwy.

***

Natan:

Gdy tylko chłopak się do mnie zbliżył poczułem jego ciepło. Znów był tak blisko mnie, dawał mi swoiste poczucie bezpieczeństwa. Z początku było mi głupio, ponieważ sprawiam mu tyle problemów. W końcu z mojego powodu tracił tu czas, nie zmuszałem go co prawda by tu przychodził, a jednak gryzło mnie poczucie winy. 
W momencie, gdy tylko chwycił moją dłoń po całym ciele przeszedł mnie dreszcz. Było mi tak przyjemnie, mógłbym tak trwać przy nim przez cały dzień. 
Smutek powoli odpuszczał.
Moja twarz pokryła się rumieńcem, a oddech lekko przyśpieszył. Odruchowo przy próbie podniesienia się z ziemi położyłem dłoń na jego klatce piersiowej. Chciałem wyznaczyć dystans pomiędzy nami, odzyskać swoją przestrzeń osobistą, jednocześnie spierając się z nie odpartą chęcią pocałowania tego przystojniaka. 
''Kim dla siebie jesteśmy?'' - Nie chciałem by źle mnie zrozumiał, wtedy mógłbym zostać tu całkiem sam. 
Pojawiła się pewna obawa, przez którą znów miałem mętlik w głowie. 
''Jeśli jest tylko i wyłącznie moim przyjacielem?'' 
Chłopak pomógł mi wstać i biorąc mnie pod ramię zaprowadził z powrotem do sali.
''Jego dotyk miał w sobie coś dziwnego... ale jednocześnie tego pragnąłem... jego całego.''
Byłem już zmęczony, leżąc na łóżku patrzyłem na niego długo. Powieki same się zamykały. Godzina dla odwiedzających powoli zmierzała ku końcowi. 
William pożegnał się więc ze mną każąc odpoczywać i wzywać personel w sytuacji kiedy znów zechce zrobić sobie wycieczkę do łazienki. Zapewniał mnie, że wróci na zajutrz. Na odchodne złożył pocałunek na moim czole. 
Później zostałem sam w krainie, do której nikt inny nie ma dostępu. Świat znów wydawał się taki spokojny. Stałem na łące, trawą z pod nóg trząsł wiatr. W powietrzu były kolorowe bańki. Niebo było jasne wręcz błękitne. Kojarzące mi się z jednym konkretnym słowem - nadzieją. 
Szedłem ciągle na przód, czułem się tak lekko.
Korony drzew równie tanecznym ruchem poruszały się na boki. 
Bańki przekształcały się w różne kształty. Małe urocze zwierzęta... Całą tą bajkę przerwał widok na ciemne duże wrota. 
Zapukałem kilka razy, lecz nie otrzymałem odpowiedzi. 
- Jest tam kto? - Zapytałem nie pewnie wchodząc do środka. 
Minąłem korytarz, tam też zdjąłem buty. Następnie zachwycałem się meblami, świetnie dopasowanymi do kremowych ścian. 
- Miło cię widzieć, usiądź sobie. - Powiedział cień siedzący na fotelu. Trzymał w rękach mała książkę, którą odłożył po moim przybyciu. 
Poczułem nagły niepokuj, który zmusił mnie do ucieczki. 
Mężczyzna wstał, a ja nie potrafiłem uspokoić oddechu.
''Ten zapach!'' - Skąd go znam? 

***

Will:
Droga do domu dłużyła mi się niemiłosiernie, powoli zaczynałem żałować że rano nie skorzystałem ze swojego samochodu. Słońce już zaszło i tylko latarnie stojące przy drodze rzucały słabe światło na drogę przede mną. Odczuwałem lekkie wyrzuty sumienia w związku z tym co wydarzyło się kilka miesięcy temu. Wiedziałem że powinienem go bardziej pilnować, bardziej się o niego troszczyć. Myśl ta nie dawała mi spokoju. Jedyne pociesznie odnajdywałem w tym że teraz mogłem być przy nim częściej, mogłem go chronić. 
Skręciłem w jedną z alejek wiodącą przez prak. Osiedle na którym mieszkałem było niemalże bezludne. Jedynymi sąsiadami jakich miałem było starsze małożeństwo, bez dzieci czy rodzuny, co momentami sprawiało że patrzyłem na nich z nutą współczucia i żalu. Ja nigdy w życiu nie zazmałem samotności, zawsze otaczało mnie grono kochającej rodziny i wspaniałych przyjaciół. Niemalże bez przerwy byłem w zwiąku, głównie z racji swojej nieprzeciętej urody i faktu iż byłem osobą biseksualną. Przystałem na chwile by rozejrzeć  się po i tak świetnie znanej mi okolicy. Wąska ścieżka wyłożona czerwoną kostką brukową, tu i uwdzie była okalana przez zielone postrzępione chwasty i pojedyncze kępki trawy. Dwie latarnie dzieliły mnie od ciemności która panowała w centrum parku. Niewielki mostek, który teraz chował się w mroku, szczególnie przykuł moją uwagę. Przymrużyłem oczy by dostrzec co tak właściwie się tam znajduje. Po krótkiej chwili spostrzegłem że widzę tam niewyraźną sylwetkę. Stałem tak i patrzyłem na cień który po chwili, jakby spostrzegł gapia i ruszył w moją stronę. Zawahałem się, mimo to nie zamierzałem się cofnąć. Zacisnąłem dłonie w pięść i także ruszyłem na przód. Gdy tylko zbliżyłem się do ostatniego źródła światła zwolniłem, chcąc minąć się z tą osobą jeszcze w miejscu gdzie jest jasno. Gdy tylko tajemnicza postać wyszła z cienia, zorientowałem się że jest to kobieta. Niewysoka, szczupła blondynka, której kręcone blond włosy radośnie podskakiwały na ramionach. Miała wyraźne zarysowane kości policzkowe i ostre rysy twarzy. Jej smukłe usta pomalowane były czerwoną pomadką pod kolor płaszcza w który była ubrana. Miała ciemne zielone oczy które teraz, w świetle latarnie lśniły niczym gwiazdy które zawstydzone jej urodą schowały się za chmurami. Mijając mnie, kobieta uśmiechnęła się zadziornie i unosząc nieco wyżej podbródek minęła mnie, pozostawiając mnie onieśmielonego jej urodą. 
Miała w sobie coś co sprawiło że z niemal fotograficzną dokładnością zapadła mi w pamięć, co skutkowało tym że przez resztę wieczoru myślałem już tylko o niej.

***

Natan:
Strach sparaliżował moje ciało, nie mogłem drgnąć.
Chciałem krzyczeć, jednak nie wydałem z siebie żadnego dźwięku. 
Mężczyzna pociągnął za moją dłoń i usadził na czerwonym fotelu. 
- Czego potrzebujesz? - Zapytał patrząc na mnie przenikliwym błękitem oczu. 
Nie odpowiedziałem, a on opuścił pokój. W tle słyszałem tylko odgłos tykającego zegaru. Sekundy dłużyły się strasznie... Cała czasoprzestrzeń wydawała się być fałszywa. 
Tajemniczy cień wrócił, podał mi kubek, w który wlał wrzątek do zaparzenia herbaty. 
Wzdrygnąłem się czując jego oddech na sobie, rozlewając przy tym gorącą wodę na swoje uda. Wydałem z siebie przytłumiony jęk, gdyż mężczyzna zatkał mi usta.
Nagle obraz zaczął klatkować, zatrzymywał się lub przerywał jakby to wszystko było częścią jakiegoś filmu oglądanego w telewizji. Pojawiało się coraz więcej kolorowych plam. Pomieszczenie zaciemniło się, słychać było kroki, a potem skrzypiące zawiasy, któryś z drzwi. 
Ustałem przed schodami, patrząc prosto w czarną otchłań. Przestałem zauważać swojego towarzysza, nie wyczuwałem jego obecności, jakbym całkowicie o nim zapomniał. 
Do czasu, aż jego ręka z całej siły nacisnęła na moje plecy popychając mnie do przodu. Straciłem równowagę spadając z góry na sam dół ciemnej piwnicy.
Doskonale wiedziałem, gdzie jestem. . . zapach stęchlizny porządnie drażnił nos. 
Serce waliło mi jak oszalałe, ból przeszywał całe moje ciało. 
Radio włączyło się i tle zaczęła lecieć jakaś piosenka, twarde brzmienie gitary przerwał przenikliwy dźwięk dzwonka. 
Obudził mnie ten nieznajomy odgłos, którym prawdopodobnie była pielęgniarka chodząca w sali obok.
Chwile dochodziłem do siebie, nim mój oddech wrócił do normy. Na zewnątrz było już jasno, po mimo tak paskudnej pogody. Z łóżka słyszałem jak wiatr gwiżdże przesówając po niebie ciemne chmury z szybką prędkością. 
'' Będzie lało...'' - Stwierdziłem przewracając oczami. 
Nad moją głową był zegar, zastanawiałem się skąd mógł się tu wziąć. Jeszcze wczoraj była tu tylko pusta ściana. 
Musiała to być robota tego miłego lekarza, bo kto inny mógłby podarować mi taki prezent. 
''Znów przespałem śniadanie... jestem trochę głodny.'' - Myślałem wpatrzony w sufit. 
Niepokoiła mnie cisza panująca na oddziale, zupełnie jakby wszyscy jeszcze spali. Nikt nie rozmawiał, nikt nie włączył telewizji. Nie było słychać również ludzi, którzy zazwyczaj przychodzili w odwiedziny o tej porze. 
''Will, gdzie jesteś brakuje mi ciebie. . .'' - Ścisnąłem mocno materiał prześcieradła. Znów dopadło mnie przygnębienie, dlatego postanowiłem pozawracać komuś głowę, by przyszedł tu do mnie. Nacisnąłem przycisk na poręczy łóżka. Chwile potem zjawił się ten sam siwy pan. 
Z uśmiechem zapytał: - Czego ci trzeba?
Wtedy wskazałem na to, co trzymał w rękach.
 - To dane innego pacjenta, niestety nie mogę ci tego pokazać. - Odmówił przystawiając krzesło bliżej mojego łóżka.Następnie włożył jedną dłoń do głębokiej kieszeni fartuchu i usiadł. Wyglądało jakby czegoś tam szukał, zaciekawiony jego zachowaniem czekałem. 
Rzecz, nie była wcale taka wyjątkowa - był to zwykły notatnik. Kładąc go na mnie rzekł. 
- Dla ciebie, no wiesz dla zabi. . . spożytkowania czasu. - Poprawił się szybko jakby miał powiedzieć coś złego.
W każdym razie ucieszyłem się bardzo z tego prezentu, mimo faktu, że ciężko mi będzie cokolwiek napisać lewą ręką. 
- Jakbyś coś sobie przypomniał wtedy możesz to zapisać i mi pokazać. Spokojnie zachowam to tylko i wyłącznie dla siebie. 
Skinąłem głową, gdy tylko dosięgło mnie jego życzliwe spojrzenie. Bardzo go lubiłem, był dla mnie nie tylko lekarzem, ale i także dobrym człowiekiem przypominającym jedną osobę z mojej rodziny, kogoś z podobnym charakterem. 
Zostając obdarzonym w notatnik i kilka długopisów o różnych kolorach, od razu zacząłem ćwiczyć swoje pismo. 
Doktor długo nie posiedział opowiadając mi jeszcze przed swoim wyjściem, co mu się ostatnio przydarzyło. Nowinki te lub ciekawostki, nie były wcale takie ciekawe, dlatego pierwszy raz ucieszyłem się, że opuścił salę. 
Moja cała uwaga skupiona była na koślawych literach, których sam po ich napisaniu nie mogłem rozszyfrować. 
Pisałem jak kura pazurem, albo i nawet gorzej... jakby nie patrzeć od zawsze byłem praworęczny. 
'' Gips utrudnia życie.'' - Stwierdziłem zastanawiając się, czy dam radę go zdjąć. 
Chciałem napisać coś ładnego dla Will'a nim przyjdzie, ale nic nie szło wedle moich wyobrażeń. 
''To była istna katastrofa!'' - Głośno westchnąłem. 
Odłożyłem na bok jeden rysunek, który nie wyszedł tak tragicznie jak reszta. 


***
(I to by było na tyle, dzięki za przeczytanie :)
Pierwszy raz chyba nie wiem, jak podsumować ten rozdział - może dla tego, że jest wstawiany na szybko i robię parę rzeczy na raz. :o 


<POPRZEDNI ROZDZIAŁ

1 komentarz:

  1. Hejciaaaa! Tu znów ja ^^ *wielbcie mnie*
    Nie wiem czy smutasy + to u góry = dobry komentrz, ale spróbujmy ;p
    Przytulicie <(;-;<)? Nie ważne, już komentuje >.<

    *-* Szłodko T.T To co, dostanę tą rolę psychicznej dziewczyny Willa? Albo chociaż przyjaciółki? xD

    "Jeśli jest tylko i wyłącznie moim przyjacielem?" <-- Ciesz się, że wgl jest <.<

    *-* buzi w czółkooo... Oooo... Ile cukierkowatości...

    Ha! Już się bałam, że znowu nie znajdę żadnego błedu ;p Ale jednak mam! "niepokuj" przez ó ^^ *Mineś w swoim żywiole* *duma i klasku klasku* Ha! " rodzuny" >.< Gomme, ale mam nastrój na bycie humanem ;-;

    Taaaaaak! Will jest bi! Mam szansę!! ^^ ;p

    :o Co to za pani? ;-; Prawie ja, ale nie te oczy... ;p
    *kraszowanie postaci z tego opka tak bardzo :D*

    ;-; Czy to ten zUy pan, co go skrzywdził? Dajcie mi go, mam znajomą co umie karate *macha pięściami, pomimo że zazwyczaj bije się machając łapkami*

    Nie lubię ciemnych chmur. Są... ponure, zimne... smutne.

    O, też jestem głodma, chcesz kanapkę, Na-chan?

    Uff... notatnik... dobrze że nie nóż O.O

    Ja jestem leworęczna... Widzisz Natan, opłaca się być nie praworęczny :p

    Mam ochotę się do Ciebie przytulić *mam ochotę się przytulić do każdego xD* ;-;
    Co by tu jeszcze... Szczerze, to chyba jeden z najlepiej napisanych rozdziałów :p

    Papaaa<3

    OdpowiedzUsuń