poniedziałek, 20 kwietnia 2020

''Symfonia Strachu''


                                                Rozdział 1


Alex

Głęboko spałem, gdy jeszcze przed ósmą obudził mnie głośny dźwięk budzika. Telefon brzęczał tuż nad moim uchem i raczej nie dało się tego nie słyszeć.
Uniosłem się lekko, podpierając się na łokciach, aby go uciszyć.
Mrucząc coś pod nosem zostałem jeszcze przez chwilę w ciepłej kołdrze. Nie mogłem uwierzyć, że postanowiłem ustawić to ustrojstwo na wcześniejszą porę niż zazwyczaj.
Minęło dobrych parenaście minut, nim ostatecznie zwlokłem się z wygodnego tapczanu.
Przeszedłem przez niewielkich rozmiarów pokój, kierując swój krok do kuchni, gdzie podłączyłem ekspres do kontaktu.
Nacisnąłem mały czarny guziczek, który jednocześnie był włącznikiem.
Sprzęt musiał rozbudzić się, podobnie tak jak ja, więc dałem mu na to trochę czasu i poszedłem do łazienki za potrzebą.
Załatwiłem się szybko i umyłem ręce, patrząc krótko na swoje odbicie.
Znów przywitał mnie ten sam widok - chudej, odrobinę zaniedbanej osoby, która oczywiście była mną.
Włosy rozchodziły się na wszystkie możliwe strony stercząc, jak antenki na dachach.
Blada cera pokazywała dokładnie wszystkie oznaki zmęczenia i zmartwień sprawiając, że z rana nie przypominałem wcale człowieka biznesu ze swojego miejsca pracy.
Przygaszone, obojętne piwne oczy były teraz odrobinę przymrużone, niechętnie witając się z jaskrawym światłem żarówki.
Since przyciemniały lekko skórę pod dolnymi powiekami sprawiając, że była trochę ciemniejsza od reszty mojej twarzy.
- Która to już noc? - Zapytałem sam siebie, leniwie opuszczając to pomieszczenie, by wreszcie przyszykować sobie upragnioną kawę.
Ekspres zawarczał, a odgłos ten przypomniał mi znów moje dzieciństwo, kiedy mieszkałem jeszcze na małej wsi z dala od zgiełku miast. Uciekając, czy też bardziej odgradzając się skutecznie od problemów wielkiego świata, żyjąc w niewiedzy i radując się z prostoty dnia. Widywałem tam często na polach kombajny oraz inne machiny rolnicze, a ta maszyna brzmiała bardzo podobnie do nich, mimo tego, że była dużo mniejsza i wykonywała prostsze zadania, pomagając mi wstać, każdego dnia.
Choć na chwilę mogłem odciąć się od ponurej rzeczywistości.
Mógłbym przysiąc, że warkot ten jeszcze przez parę sekund roznosił się echem po kuchni, odbijając się od turkusowych ścian.

Prędkim ruchem chwyciłem za ucho czarnego pojemnego kubka, który przyozdobiony był białym napisem ''kawaler do wzięcia''.
Dawno temu kupiłem go z okazji urodzin mojego brata, ale jego reakcja nie była wcale taka, jakiej się spodziewałem.
Wybrałem tak skromny podarek dla śmiechu, a on obraził się na mnie jak dzieciak, mówiąc że wcale nie chce takiego prezentu.
W pewnym stopniu było mi przykro uświadamiając sobie, że zmarnowałem tyle czasu chodząc po wielu sklepach, a w ogóle nie trafiłem w jego gusta.

Ostatecznie przygarnąłem tę niechcianą rzecz, nie mając do niego żalu i wtedy zrozumiałem, że to jedno z moich ulubionych naczyń, od kiedy zacząłem mieszkać sam. Wspomnienia wracały do mnie niczym bumerang, gdy patrzyłem na różnego rodzaju starocie i pamiątki z wszelakich podróży.
Tęskno mi było za jakimkolwiek towarzystwem, ale nie miałem teraz chwili, by się nad tym rozwodzić.
Wlałem trochę mleka do kawy i wsypałem dwie łyżeczki cukru, znów robiąc to w złej kolejności, ponieważ letnia ciecz nie rozpuściła wszystkich słodkich bryłek i część z nich stworzyła ohydny ulepek na dnie.
Biorąc jeden porządny i zarazem długi haust, wypiłem wszystko za jednym zamachem, by nie tracić więcej czasu, który wciąż mnie ponaglał.
Przetarłem twarz dłonią i spojrzałem na zegar zawieszony na ścianie w pokoju. Nie mogłem jednak dostrzec, która jest dokładnie godzina z tej odległości, więc odstawiłem brudny kubek do zlewu i przemieściłem się do sypialni.
- Dziesięć minut... - Powiedziałem bez entuzjazmu, wiedząc że jeśli nie wyjdę w porę, znów spóźnię się do pracy.
Mozolnie szukałem mniej wygniecionych ubrań w szafie. Trafiając na szary kardigan i ciemny podkoszulek w dobrej kondycji nawet się nie zawahałem.
Założyłem wszystko na siebie wraz z czarnymi rurkami z wczoraj, które zostawiłem w dziwnej pozycji na skórzanym, dużym, ciemno pomarańczowym fotelu, wyglądającym trochę jak z jakiejś starej epoki.
Bez zastanowienia pochwyciłem najważniejsze rzeczy, wkładając je do wolnych kieszeni i wybiegłem z domu.
Szybko pokonałem schody z piątego piętra w dół, nie myśląc nawet o użyciu windy, do której miałem uraz, bo już kilka razy zacięła się, gdy byłem w środku.
Trzymając telefon w dłoni, co jakiś czas sprawdzałem godzinę podczas biegu.
Przeciskałem się w tłumie spacerujących przechodniów nie mając pojęcia, dlaczego jest ich tu tak wielu.
Prawdą było to, że całkowicie mnie to nie obchodziło, byle by zeszli mi z drogi.
Przystanek autobusowy był tuż za rogiem następnej uliczki, dlatego też nie zwalniałem, aby złapać oddech.
Miałem jeszcze conajmniej trzy minuty, modląc się by linia D4 nie zajechała za wcześnie na stację.

Niespodziewanie coś mnie zatrzymało, czy raczej ktoś.
- Fuck. - Powiedziałem w złości nawet nie siląc się na to, żeby podnieść głowę i spojrzeć tej osobie w oczy.
Odbiłem się twarzą od klatki piersiowej przypadkowego mężczyzny, co znaczyło, że był on ode mnie trochę wyższy.
- Przepraszam, śpieszę się! - Dodałem, nim zdążył cokolwiek powiedzieć i wymijając go zdałem sobie sprawę, że autobus właśnie odjeżdża, widząc go z daleka.
Śpiesznie wpadłem więc do taksówki stojącej na parkingu i wykrzyknąłem nazwę ulicy nie pytając nawet, czy kierowca ma wolne miejsce.
- Róg Rovenstreet!
- Zrozumiano. - Odpowiedział cicho mój kierowca, nawet na mnie nie patrząc.
Odchyliłem głowę, opierając ją o zagłówek i starając się okiełznać mój niespokojny oddech, jednak trochę to trwało, nim się uspokoiłem.
Żołądek ściskały nieprzyjemne nerwy, że znowu zawiodę mojego pracodawcę i trafię na dywanik, a będzie to mój trzeci raz, trzecie spóźnienie w ciągu zaledwie jednego tygodnia.
Złośliwe myśli nie dawały mi spokoju.
- Czy może pan jechać trochę szybciej? - Zapytałem, tracąc cierpliwość.
- Pali się gdzieś, czy co? - Odparł beznamiętnie, nie przyśpieszając ani trochę, jakby w ogóle nie interesowały go moje problemy. - Niestety nie mogę przekroczyć tej prędkości, jesteśmy w terenie zabudowanym... Na sygnalizację świetlną również nie mam wpływu. Mogę odtrącić panu kilka groszy za przejazd, jeżeli chodzi o pieniądze...
- ... - Nie odpowiedziałem w pierwszej chwili, widząc na ekranie swojej komórki numer zastrzeżony.
''To na pewno on!'' - Przełknąłem głośno ślinę, wyciszając wibrację bocznym przyciskiem.
- Nie chodzi o pieniądze... - Odpowiedziałem, uśmiechając się do niego słabo.
Zapanowała chwila głuchej ciszy, a przynajmniej między nami, bo radio wciąż nadawało najnowsze komunikaty o pogodzie i celebrytach.
Musiałem chwilę się zastanowić, by rzec:
- Chociaż i może o nie również chodzi, bo jeśli nie dojadę tam przed dziewiątą, to mnie wyrzucą z pracy. - Byłem bliski tego, by zacząć lamentować, wyobrażając sobie, jak będzie wyglądało moje życie bez dostępu do comiesięcznej wypłaty.
''Za co spłacę mieszkanie... za co kupię sobie jedzenie... cholera...''
Zegarek nie litował się zbytnio, a ja byłem na granicy swoich nerwów.
- Naprawdę mi przykro. - Mruknął z obojętną miną, wyjmując z kieszeni papierosy i odpalając jednego z nich, gdy stanął na czerwonym.
''Poważnie?!'' - Zacisnąłem usta w cienką linię, oddychając naprawdę głęboko, by nie wyrzucić go z pojazdu i nie przejąć steru.
Kolejne dziesięć minut dzieliło mnie od celu, którym była firma. Miałem wrażenie, że Bóg śmieje się ze mnie siedząc sobie wygodnie na chmurach, jakby robił to celowo.
Tik nerwowy opanował moją jedną nogę do tego stopnia, że przedni fotel od strony pasażera trząsł się jak krzesło z masażem.
Wraz z pojawieniem się zielonego błysku ruszyliśmy w żółwim tempie, by za zakrętem ponownie się zatrzymać.
- Co znowu?! - Krzyknąłem, odpinając pas i wkładając głowę pomiędzy przednie siedziska.
- Chyba jakiś wypadek. - Stwierdził wzruszając ramionami i wyrzucił niedopałek przez uchyloną szybę.
- Aaaaah... - Westchnąłem przeciągle, nie wierząc w to co widzę. Środek drogi zajmowały trzy radiowozy na sygnale, a obok nich stała karetka z wyłączonymi światłami.
Ratownicy medyczni wnosili czyjeś ciało owinięte w czarny wór do środka.
''Dlaczego akurat teraz...'' - Przeszła mnie myśl, jakbym złościł się na to, że ten człowiek właśnie umarł.

* * *

Akcja ciągnęła się jeszcze przez pół godziny, a my wciąż staliśmy w długim korku.
Mój telefon nieprzerwanie brzęczał nie dając mi spokoju, wprawiając mnie w jeszcze gorszy nastrój.
- Może tak miało być. - Kierowaca przemówił, przerywając ciszę. - To może być znak, by zmienić coś w swoim życiu nie sądzisz?

''Zamknij się.''- Odpowiedziałem mu w myślach, gryząc się w język, by nie przeszło mi to przez usta.

Postanowiłem nie wchodzić z nim w jakże irytującą dyskusję, nie chcąc słuchać jego rad ani niczego, co z nim związane.

''Tragiczny przypadek.'' - Oceniłem go na mniej niż dziesięć procent IQ, bo zachowywał się conajmniej jakby wypił setkę zanim usiadł za kierownicą, albo może coś wciągał lub palił. - ''Chuj tam go wie...''

- No to jesteśmy na miejscu. - Powiedział, oglądając się z uśmiechem na twarzy.
Zupełnie nie kryjąc radości, że wreszcie się mnie pozbędzie.
- To ile się należy? - Zapytałem przeszukując wszystkie swoje kieszenie, jednak nigdzie nie mogłem znaleźć swojego portfela.
- Wychodzi mi sześćdziesiąt trzy złote i trzydzieści groszy, ale umówmy się na sześć dyszek. - Powiedział przyglądając się mi z zaciekawieniem. - Będzie płatność gotówką, czy kartą?
- Pan zaczeka. - Powiedział zdejmując z siebie kardigan by sprawdzić każdą wnęke jeszcze raz. - Cholera! Nigdzie go nie ma! - Podparłem czoło na wewnętrznej stronie dłoni zastanawiając się, gdzie mogłem zgubić tak cenny przedmiot i czy aby nie zostawiłem go przypadkiem w domu.
- Zginęło coś? Sprawdź pan pod siedzeniem. - Zaproponował, poczym dodał. - Tak się pan wiercił, że może tam wpadło.
Schylając się wygarnąłem jedynie brud spod foteli, krzywiąc się z niesmakiem.
- Zapłacę telefonem. - Powiedziałem, zrezygnowany uruchamiając internet w urządzeniu.
- Dobrze. - Skinął głową i podał mi terminal.
Usłyszeliśmy charakterystyczne piśnięcie podczas przykładania jednego sprzętu do drugiego, a potem zobaczyliśmy zielony napis mówiący o tym, że płatność została zaakceptowana. - Drukować potwierdzenie? - Zapytał, kiedy byłem już na zewnątrz.
- Nie, nie trzeba. - Machnąłem ręką, a potem zamknąłem drzwi, odchodząc na bok.
''Gdzie mogłem go zgubić?'' - Myślałem, próbując przypomnieć sobie, co robiłem jeszcze przed wejściem do taksówki.
- Byłem w domu... potem schowałem go do kieszeni i wyszedłem... a później... - Niespodziewanie dostałem nagłego olśnienia, przez które rozchyliłem swoje wargi robiąc bardzo dziwną skwaszoną minę, jakbym ugryzł cytrynę.
- I wtedy wpadłem na tego gościa! No jasne! - Wrzeszczałem sam do siebie, zwracając na siebie uwagę ludzi przechodzących akurat po drugiej stronie chodnika.
Słyszałem jakiś drobny hałas, przypominający dźwięk buta, który właśnie zetknął się z kałużą, ale się nie obejrzałem, bo się śpieszyłem.
- Kurwa. - Wycedziłem przez zęby, wchodząc do ogromnej hali.
Pierwsze, co chciałem zrobić, to poprosić szefa o wolne, by czym prędzej pojechać do banku i zablokować konto.
W portfelu znajdowały się wszystkie moje karty kredytowe, dowód tożsamości, wizytówka tego zakładu z dokładną mapką, jak dojechać w to miejsce oraz inne papierki z numerami do budki z kebabem, czy też do fryzjera.
Trzymałem wszystko, co miałem w tym małym skórzanym futerale - także zdjęcia swoich bliskich i jedno swoje na wypadek, gdyby było potrzebne do jakiś urzędowych druków.
Przeszedłem przez długi korytarz, nie odpowiadając nikomu na zaczepne komentarze.
Skierowałem się prosto do biura mojego przełożonego, zamaszyście otwierając drzwi bez pukania.
Mężczyzna wzdrygnął się, gdy tylko mnie zobaczył, nie wiedząc, czy w ogóle się dziś pojawię.
- Dzień dobry? - Powiedział głośno, choć bardziej brzmiało to jak pytanie. - Dobrze, że jesteś, bo mam akurat z tobą do pogadania.
- Ja również. - Odparłem bez uprzedniego przywitania się, prędko przechodząc do sedna sprawy. - Potrzebuje wolnego dziś, koniecznie!
- W porządku. - Mruknął, przejeżdżając palcami po czarnej gęstej brodzie.
- Bardzo dziękuję za wyrozumiałość. - Odetchnąłem z ulgą, że tak szybko się zgodził.
- Ah. Chłopcze, chyba źle mnie zrozumiałeś. - Zaśmiał się krótko, po czym kontynuował. - Od dziś będziesz miał tyle wolnego, ile tylko dusza zapragnie, bo cię zwalniam.
- Jak to?! Dlaczego?! Nie może mnie pan wyrzucić, wiedząc w jakiej sytacji się znajduję! - Powiedziałem, będąc już naprawdę wściekły na przebieg tego piątku, który wcale nie był tym trzynastym, a przysparzał mi jeszcze więcej nieszczęść.
- Co mam ci powiedzieć? Przestałeś się sprawdzać jako pracownik, przychodzisz kiedy chcesz i robisz co chcesz. Dotąd trzymałem cię z sentymentu, jednak dziś skończyła się moja cierpliwość. - Wyjaśnił, rozkładając ręce i patrząc mi prosto w oczy.
- To ja za panem murem stałem, a pan się tak odwdzięcza?! Nie złożyłem skargi nawet wtedy, gdy prasa hydrauliczna roztrzaskała mój palec z pańskiej winy! - Wyciągając lewą dłoń w demonstracyjnym geście wskazałem na puste miejsce przy ostatniej kostce, gdzie powinien znajdować się najmniejszy palec. - Nawet nie wiesz, jak długo się potem leczyłem prostaku! Bałem się tu przychodzić, bo wciąż miałem ten sam widok przed oczami! Żałuję, że w ogóle tu przyszedłem! Jeszcze to odszkodowanie, które dostałem! Nie było nic warte! Gdybym tylko wtedy doniósł na tą firmę, dostałbym dużo więcej! Nigdy nie docenialiście mojego poświęcenia, byłem dla was tylko śmieciem na najniższym stanowisku! Bo co?! Dlatego, że pracowałem tu najkrócej?!
Agresja, którą jak dotąd tłumiłem wylała się jak lawa z przepełniającego się wulkanu... no i wybuchłem, chcąc nie chcąc.
- Wyjdź. - Usłyszałem jedno krótkie zdanie, brzmiące tak spokojnie, jakby nic się tu właśnie nie działo. - Albo wezwę ochronę. - Zagroził mi, wstając z krzesła i trzymając palec nad dużym czerwonym guzikiem.
- Obejdzie się! - Rzuciłem na pożegnanie, trzaskając z całej siły drzwiami. - To wszystko nie było tego warte...
Wracając tym samym długim korytarzem kopnąłem jedną z ogromnych maszyn, aby pozbyć się wszechoraniającej mnie złości, ale i to nie pomogło - tylko zabolała mnie noga.
Słyszałem, jak reszta kadry mnie obgaduje, chowając się po kątach.
'Wiedziałem, że wreszcie go wywalą, hehe... cóż można by rzec, nie pasował tutaj.'-mówili, nie przejmując się tym, że pojawi się u nich za mnie ktoś nowy, kogo będzie trzeba wszystkiego nauczyć od nowa. Najważniejsze było to, że to mnie wyrzucono.
Opuściłem budynek cały się trzęsąc i mając serdecznie dość męczących i stresujących sytacji, jak na jeden dzień.
Miałem ochotę zalać się w trupa i przestać myśleć, ale przeszkadał mi w tym fakt, że straciłem portfel, a wraz z jego zniknięciem pewnie i wszystkie środki na koncie.
Usiadłem na krawężniku przy parkingu zakrywając twarz dłońmi.
Nie wiedziałem, co mam teraz ze sobą zrobić - czując, że przegrałem życie i to jeszcze na własne życzenie.




* * *

(Cześć kochani :D

Będę wdzięczny, jak po przeczytaniu zostawicie coś tu po sobie ;)

Akcja dzieje się dość szybko i póki co główny bohater ma strasznego pecha ^^''

Mam nadzieje, że się podobało, i że zostaniecie tu na dłużej <3

Ogólnie to straszny z niego nerwus hahah XD)

Już nie długo - gwarantuje, że będziemy świetnie się bawić - o ile lubicie bardziej hardcorowe sceny :D

Zaplanowaliśmy dla was z kolegą duuuużo ciekawych smaczków ;)




NASTĘPNY ROZDZIAŁ>













czwartek, 9 kwietnia 2020

''JW'' Rozdział 5 - część druga

Rozdział 5 cz.II

Christ


Przekręcając mały kluczyk otworzył przede mną furtkę oczekując aż wejdę do środka.

Czując narastającą presję musiałem szybko działać, więc przekroczyłem te bramy do 'piekieł'.

- Witam. - Rzekł, lustrując mnie dokładnie wzrokiem od stóp do głów i marszczył się przy tym tak, jakby właśnie wszedł w sporych rozmiarów gówno.

- Dzień dobry. - Odpowiedziałem siląc się na uśmiech.

- Posłuchaj mnie uważnie skoro już tu jesteś. Powiem ci, co dokładnie masz zrobić.

Wstrzymałem oddech, nie wiedząc, jak mam się zachować.
Całe moje ciało spięło się niemożliwie, jakby ta obronna postawa miała mnie w jakiś sposób ochronić.

''Jak mam się do niego zwracać?'' - Zastanawiałem się, bo w gruncie rzeczy brakowało mi tylko jednego roku do skończenia osiemnastki.

''Formalnie, czy bezpośrednio? Jak pracownik i szef, czy mogę być bardziej swobodny... a może jak dorosły z dorosłym? Ah! Naprawdę nie wiem! W końcu przez telefon zaznaczył to, że jestem tylko bachorem... '' - Zgubiłem się nieco w tej skomplikowanej siatce myśli.

- Najpierw pójdziesz do garażu, gdzie się przebierzesz. Przygotowałem tam dla ciebie odpowiedni strój roboczy. - Mówił trzymając przy tym odpowiedni dystans. - Ubrania mogą być trochę za duże, ale na pewno sobie z tym poradzisz... a potem przejdziesz za dom i przeniesiesz wszystkie te belki stamtąd tutaj do pustego garażu. Oczywiście spodziewam się, że będą ładnie posegregowane. Wszystko jasne?

- Jasne jak słońce. - Odparłem przewracając oczyma, kiedy miałem wrażenie, że bierze mnie za jakiegoś półmózga mówiąc wszystko wolniej i głośniej niż potrzeba.

''Cholerny prostak.'' - Uśmiechnąłem się pod nosem obserwując tego pedancika.

- A, i jeszcze jedno. Nie życzę sobie żadnej rozgrzebanej ziemi. Trawa ma zostać w takim stanie jak teraz, co oznacza, że będziesz musiał przenosić te bele w powietrzu. Zapłacę ci dopiero wtedy, kiedy zadanie zostanie wykonane. Jeśli się poddasz w trakcie wykonywania pracy, wtedy nie dostaniesz nawet grosza, bo głęboko gardzę ludźmi, którzy podejmują się czegoś, czego nie mogą zrobić. - Spojrzał na mnie tak chłodno, że mógłby bez trudu zabić mnie samym wzrokiem.

- Bez problemu proszę pana, zadbam o każdy detal. - Odparłem pewny siebie, mając nadzieje, że uwierzy w tą pełną uprzejmości paplaninę.

- Wybieram się teraz na spotkanie biznesowe, więc w razie czego pieniądze przekaże ci mój syn.

W głębi duszy odetchnąłem z ulgą, że to nie on będzie mnie pilnował. Dostałem w pewnym stopniu fory od losu, gdyż samo przebywanie z tak ograniczonym umysłowo prymitywem mogłoby zakończyć się kłótnią z byle powodu.


* * *


Nie tracąc czasu poszedłem się przebrać, kiedy jegomość wsiadał do swojego mustanga krzycząc, że jego dzieciak powinien się pojawić za parę minut, bo do niego dzwonił. Rozmyślałem więc, ile może mieć lat gówniarz mieszkający w tak ogromnej willi.

''Może jest w moim wieku... '' - Przeszła mnie myśl, biorąc pod uwagę fakt, że ten typ nazwał i mnie tym określeniem. - ''Albo każdy, kto był od niego młodszy zyskiwał te miano, albo nie wiem, jak działał jego podział wiekowy.'' - Zaśmiałem się w duchu, wkasując za długą zgniło zieloną koszulkę w spodnie.

Średnio pasował mi krótki rękaw, ale na zewnątrz było naprawdę gorąco, więc nie protesowałem. Wszystko zdawało się być lepszą opcją od długiego rękawu w czerni, która działała jak magnes na słońce.

Zakładając rękawice leżące na blacie jednej z szafek usłyszałem głośniejsze walnięcie drzwiami, gdzieś nieopodal.

Wolno wychyliłem się więc by sprawdzić, co się dzieje, ale szybko zorientowałem się, że to tylko drobnej postury gosposia.

Nie witając się nawet ze mną wyrzucała śmieci do kolorowych kontenerów i z dumnie uniesioną głową wróciła potem do środka. Wolałem nie komentować jej zachowania, bo była jak oni wszyscy, choć tylko tu sprzątała.

Zabrałem się za swoją pracę, w końcu nie zamierzałem spędzić tu całego dnia.

Ruszyłem za dom, by przekonać się na własne oczy, jak ciężkie może być moje dzisiejsze zadanie.

W samym rogu posesji leżało porozrzucane równo powycinane drewno, którego, nie powiem, było całkiem sporo.

Początkowo szło mi bardzo sprawnie, brałem po kilka belek w ręce i entuzjastycznie zanosiłem je w wyznaczone miejsce.

Zwolniłem dopiero po godzinie, kiedy to na działce pojawił się jeszcze jeden osobnik. Chłopak miał może z dwanaście lat i wyglądał dość przeciętnie, pomimo dziwacznej blond grzywki zasłaniającej mu pół twarzy. Skrzywiłem się automatycznie widząc, jak idzie w moją stronę.

''Kolejne utrapienie...'' - Przeszła mnie myśl, że z tego nie będzie nic dobrego.

Mało brakowało, a zacząłbym jawnie się z niego śmiać, gdyż nie mogłem wytrzymać widoku granatowych spodni z krokiem znajdującym się gdzieś w okolicy kolan.

''Jeśli to jest tutejsza moda to chyba całkowicie się na tym nie znam.'' - Stwierdziłem czekając aż nastolatek do mnie przemówi.

- Cześć. - Rzucił dość luźno na starcie.

- Cześć? - Odpowiedziałem, tym samym patrząc na niego pytająco.

- Skąd jesteś? - Zapytał, oglądając mnie z każdej możliwej strony, jakbym był jakimś dziełem sztuki w muzeum z wizualizacjami.

- Z daleka. - Odparłem krótko, usiłując go do mnie zniechęcić.

- Opowiedz mi trochę o tamtej stronie lasu, jestem strasznie ciekawy! - Powiedział wręcz rozkazującym tonem wkładając obie ręce do kieszeni.

'' Boże, daj mi cierpliwość... nie jestem jakąś atrakcją, która przyszła cię zabawiać.'' - Powstrzymywałem się od powiedzenia tego głośno.

- Nie. - Mruknąłem oddalając się od niego. - Jeśli nie masz zamiaru mi pomóc, to lepiej idź sobie. - Dopowiedziałem najbardziej oschle, jak tylko potrafiłem.

- Pfft... to twoja praca nie moja, nie mam obowiązku ci pomagać. - Zaśmiał się kpiąco ciągle dotrzymując mi kroku.

Ogarnęła nas chwilowa cisza, którą szybko postanowił przerwać.

- Co się stało z twoimi rękami, to przez jakiś wypadek? - Dopytywał, nakręcając się, że chyba usłyszy jakąś fascynującą historię, którą będzie mógł potem opowiadać swoim znajomym.

Spuszczając wzrok zauważyłem, że niektóre z moich ran pootwierały się przez kontakt z szorstkim materiałem struktury drzewa. Nie wyglądało to dobrze.

- Nie. - Odpowiedziałem wzruszając ramionami.

- Możesz przestać mnie ignorować?! - Krzyknął, widząc, że nie zwracam na niego uwagi.

- Nie płacą mi za takie luźne rozmowy, więc odpuść i zajmij się sobą.

Chłopaczek spojrzał na mnie gardząco i prychając jak kot wyszedł z posesji idąc do sąsiedniego domu.

Miałem wreszcie trochę spokoju, aczkolwiek bałem się odrobinę, że poszedł na mnie naskarżyć komuś znajomemu.

Starałem się nie zawracać sobie głowy nim i jego dziwnym problemem bycia w centrum uwagi.



Poruszając się w pełnym słońcu strasznie zaczynało mnie suszyć i pociłem się, jakbym biegł w jakimś maratonie, nie wspominając nic o przepoconych skarpetach, które po zdjęciu butów uśmierciłyby z pewnością cały piękny ogród gospodarza.

Przetarłem ręką czoło na parę minut stając w cieniu drzew, by przez ten krótki moment odpocząć.

Wyjmując telefon zobaczyłem na ekranie wyświetlającą się godzinę pierwszą – nic dziwnego, że tak dogrzewa.

Prowadząc bardzo skomplikowane kalkulacje w głowie wyliczyłem, że koło piętnastej powinienem skończyć bez zbędnego pośpiechu.

Oddałbym wszystko, by móc się czegoś napić i zjeść jakieś śniadanie, ale zbyt żałosne wydawało mi się prosić tych ludzi o cokolwiek.

Kontynuowałem więc swoje męczarnie chwilami mając ochotę całkowicie pozbyć się ubioru, lecz za takie negliże przyszłoby mi sporo zapłacić, dlatego wypuszczałem z rąk każdy niedorzeczny pomysł.


* * *

Kolejna godzina minęła, a ja byłem w coraz to słabszej kondycji ziejąc jak koń wyścigowy podczas podnoszenia prostokątnych długich drewnianych kloców.

Miałem połowę już za sobą, od czasu do czasu walcząc z pragnieniem rzucenia tego w cholerę, choć wtedy docierała do mnie świadomość, że zmarmowałbym tylko dzień i przyjechał tu na darmo, by zrobić część roboty za kogoś...

Natrętny, rozpuszczony dzieciak wrócił, by dalej psuć mój nastrój – tym razem wraz ze swoimi kumplami.

Patrzyłem na nich ukradkiem, słysząc jak mnie wyśmiewają siedząc w środku białej altany. Zaskakującym faktem było to, że nawet się z tym nie kryli, w ogóle nie mając do mnie szacunku.

Początkowo zacisnąłem zęby i usiłowałem nie zwracać na nich uwagi, lecz po dłuższym słuchaniu tych obelg, coś we mnie pękło.

- Wygląda jak żaba pod butem. - Powiedział najniższy z nich, choć prędziej to on przypominał owego płaza z mocnym wytrzeszczem oczu, jakby podczas porodu wyślizgnął się lekarzowi z rąk i upadł na podłogę, następnie zostając przygniecionym przez jakiś ciężki medyczny sprzęt.

- Raczej jak glizda. - Rzucił drugi sącząc przez słomkę sok z pomarańczy w małym kartoniku.

Akurat tak się złożyło, że przechodziłem wtedy obok z jednym konarem, mając nieodpartą chęć ich wszystkich zdzielić.

- Glizda? Raczej jak pizda! Hahah! - Żartował głośno syn mojego pracodawcy, choć mi nie było wcale do śmiechu.

- Hej! - Zawołałem głośno przerywając im salwę śmiechu i zwracając całą ich uwagę na siebie.

Miny im zrzedły, gdy dotarło do nich, że wszystko słyszałem i nawet potrafiłem do nich wystartować. Pewność siebie zmieniła się w wyrazisty lęk, że naprawdę mogę im coś zrobić.

- Kultury chłopcy! - Uśmiechnąłem się szyderczo, po czym wbijając zamaszyście belkę w ziemię dodałem. - Jeżeli się nie uspokoicie, to będę zmuszony wepchnąć wam ten kij tak głęboko w dupę, że wyjdzie wam drugą stroną! - Zawarczałem patrząc prosto w oczy blondynowi, który sądził chyba, że to jego zemsta za moje ignorowanie jego wspaniałej osoby.

Nie miałem pojęcia, co im siedzi w głowach, ale wcale nie chciałem zgłębiać tego tematu. Wystrczyło mi, że wystraszyłem ich do tego stopnia, że zdecydowali sobie pójść.

- I co zrobiłeś?! - Zakrzyknął niższy o głowę blondas, będąc naprawdę rozgoryczony całą sytuacją.

''Mam nadzieję, że nie nagrało się to na kamerach... I również, że nie wpłynie to w żadnym stopniu na moje referencje...'' - Pomyślałem, patrząc na knypka skaczącego, jak jakaś małpa w złości, krzycząc coś na mnie. - ''Irytujące...''

- Tata powiedział, że im szybciej będziesz wykonywał pracę tym więcej ci zapłaci! Więc pośpiesz się i wynocha...

Wypowiedź młodzieńca trochę mnie zaskoczyła, ale nie miałem podstaw, by mu nie wierzyć.

- Zgoda. - Odparłem już spokojniej. - Masz coś do picia młody? - Zapytałem, patrząc na niego z góry.

- Nie rozśmieszaj mnie. - Powiedział pod nosem i wrócił na miejsce, w którym wcześniej siedział.

Widziałem, że bacznie mnie stamtąd obserwował. Zwiększyłem swoje obroty do maksimum, jednak łapiąc się na przynętę większego zysku. Mięśnie lekko drżały mi od zmęczenia, ale nie poddawałem się, mając dość silną wolę.

Musiałem w międzyczasie naprawić część ziemi, którą zdewastowałem podczas poskramiania grupki dzieci, by właściciel nie mógł się przyczepić.


* * *

Rzeczywiście, kiedy porządnie się przyłożyłem do wykonywanej pracy, skończyłem jeszcze przed piętnastą.

Zrzucając z siebie przepocony podkoszulek, założyłem swoje łachy i zadzwoniłem dzwonkiem do drzwi, by upomnieć się o wypłatę za moje poświęcenie.

Czekałem dłuższą chwilę, aż dzieciak pojawi się w progu.

- Teraz to ty mi przeszkadzasz, grałem. - Powiedział oburzony, że jeszcze śmię mu zawracać głowę.

- Skończyłem. - Mruknąłem podpierając się ściany i ledwo dysząc.

- Okej. - Odparł szukając w kieszeni portfela.

Czułem ogromne szczęście płynące z tej chwili i byłem z siebie dumny, że po mimo przeciwności i wielu czynników zewnętrznych nie poddałem się i doszedłem do końca.

Mogłem sam siebie mianować zwycięzcą i skupić się na tym, co kupię mojej mamie.

Wyobrażałem sobie jej zdziwienie i zachwyt spowodowany kupnem czegoś ładnego. Widziałem wiele możliwych scenariuszy, lecz nie wiedziałem o tym, że za moment mój świat legnie w gruzach.

- Masz. - Powiedział chłopak trzymając w dłoniach banknot z nominałem dwudziestu złotych.

W pierwszej chwili zupełnie mnie zatkało, kiedy odbierałem od niego pieniądze.

- A gdzie reszta?! - Zakrzyknąłem, nie wierząc to, że wylałem siódme poty dla tak małej stawki.

- Jak to? Czego się spodziewałeś? Hahah... - Śmiał się patrząc mi prosto w twarz. - Wybacz, ale wydałem resztę twojej wypłaty na grę. - Uśmiechał się parszywie, jednocześnie będąc dość opanowanym.

- Że co proszę? - Miałem wrażenie, że śni mi się jakiś koszmar i zaraz się obudzę. Mało brakowało, a rzuciłbym się na niego, by go udusić.

''Nie jesteś tego wart...'' - Przeszła mnie myśl, po której stwierdziłem, że nic tu po mnie.

Wściekły odwróciłem się od niego i ruszyłem w kierunku wyjścia.

- Mam nadzieję, że karma szybko do ciebie wróci. - Rzuciłem przez ramię na pożegnanie i ruszyłem w długą drogę do domu.

''Czego się spodziewałem... w naturze nowobogackich leży żerowanie na słabszych...''

Gardło zaciskało się od żalu, kiedy przechodziłem przy podwórkach tych bestii bez serca. Wytykany palcami dotarłem do granicy, kiedy wszystko to po mnie spływało. Nie patrzyłem nawet na drogę, będąc pochłonięty burzą myśli.

''Jak bezwartościowy śmieć... wykorzystany...''

''Nienawidzę ludzi.''

Mocno przygryzając dolną wargę, usłyszałem niespodziewanie bardzo ostry pisk, który wydał gwałtownie hamujący samochód.

Prawie bym doprowadził do wypadku, ale i to nie znaczyło dla mnie wiele.

Usłyszałem tylko słowa: - Uważaj jak łazisz!

Nie zatrzymałem się nawet, jakby nie słyszał wołania tego wzburzonego kierowcy.

Chciałem zadzwonić do mojego szefa, ale nie starczyło mi odwagi. Nie byłem typem konfidenta, nawet kiedy było to w moim interesie.

Zakładałem z góry, że to było ukartowane od samego początku i dałem się nabrać na tak niesmaczny żart. Zabrakło mi motywacji, abym miał poruszać ten temat wiedząc, że ojciec tego chłopca na pewno uwierzył by prędzej jemu, a nie mnie.

Unosząc wzrok patrzyłem z obrzydzeniem na budowle, którymi wcześniej się zachwycałem – może i były ogromne, ale wcale nie różniły się zbytnio od siebie. Wielkie domy podobne kształtem i kolorem wyglądały jakby ktoś w tym mieście robił kopiuj, wklej i dublował architekturę.

Szczęśliwe rodziny z bliska nie były już takie udane, bo cisza spokojnej niedzieli przerywana była przez kłótnie małżeńskie.

''Źle oceniłem to miejsce...'' - Myślałem, próbując stwierdzić, po której stronie jeziora jest lepiej, lecz nie potrafiłem podjąć jednoznacznej decyzji. - ''Chyba tylko w lesie...''

Biorąc w ręce poręczną nokie nacisnąłem na numer Matysa. Usłyszałem wtedy kilka głuchych sygnałów, by następnie usłyszeć jego głos.

- Halo?

- Oddzwoń do mnie. - Powiedziałem klikając szybko czerwoną słuchawkę. Wiedziałem, że w przeciwieństwie do mnie ma więcej środków na koncie, jak zawsze więc mogłem trochę go wykorzystywać.

Nie musiałem długo czekać, bo minęło zaledwie parę sekund, a znów byłem na łączach.

- Co tam potrzebujesz mistrzu? - Zapytał przeciągle ucieszony, że tym razem to ja do niego zadzwoniłem.

- Idę z wami na tę akcję... - Powiedziałem drżącym głosem nie zatrzymując się nawet na chwilę.

- Wspaniale! Wiedziałem, że się skusisz. - Odpowiedział szeleszcząc czymś w tle.

Chciałem się rozłączyć, po przekazaniu mu tych wieści, ale niechcący zablokowałem swój telefon. Próbowałem powtrzymać mój roztrzęsiony oddech, ale kiepsko to wychodziło.

- Stało się coś? - Przerywając niezręczną ciszę, brzmiał jakby naprawdę się zmartwił.

Czułem ogromną potrzebę, by się komuś wygadać, jednocześnie nie chcąc całkiem się rozkleić, idąc przez główną najbardziej ruchliwą ulicę na nowym osiedlu bogatej strefy.

Przełknąłem głośno ślinę.

- Ni... mo... bo... te... śmiecie. - Nie powstrzymałem jednak wylewającego się smutku mej duszy i odpowiedziałem mu tak niewyraźnie, że raczej nie mógł mnie zrozumieć.

- Hej, spokojnie... powiedz to wolniej, pomogę ci, ale nie wiem, jaka jest sytacja i w czym problem?

Początkowo nie odpowiedziałem tłumiąc własne łkanie. Okropne uczucie bólu w klatce piersiowej, gdzieś w okolicy serca skutecznie odebrało mi mowę.

Używając za długiego rękawu czarnej bawełnianej koszuli, co chwilę przecierałem twarz, by nie wyglądać tak żałośnie w oczach przechodniów. Łzy ciekły ciurkiem po policzkach, a jednak odnosiłem wrażenie, że właśnie tego było mi trzeba.

Ukrywając przed sobą oraz innymi tą wrażliwą stronę – potrafiłem być silny, choć tak naprawdę tylko takiego udawałem. Mogąc jedynie marzyć o takim charakterze.

Matys należał do niewielkiego grona osób, które o tym wiedziały. Nie musiałem martwić się o to, co może sobie o mnie pomyśleć, bo znałem go od dzieciaka. On zawsze traktował mnie jak swojego młodszego brata, mimo faktu, że były momenty, kiedy wykorzystywałem ten status. Ciężko było mi powiedzieć, że nie traktuję go jak przyjaciela, nie ufając mu w pełni, ale o tym również wiedział, dając mi tyle szans, ile tylko chciałem. Twierdził, że może któregoś dnia przejrzę na oczy i otworzę się bardziej na ludzi, a do tej chwili mnie nie opuści.

Chłopak był przekleństwem lub po prostu rzepem, który się do mnie przyczepił, ale i też najlepszym doradcą w świecie. Pomijając oczywiście fragment o tym, że to przez niego zacząłem praktykować wszystkie dostępne nałogi...

- Oszukali... mnie... - Wyszeptałem przez mocno zaciśnięte się zęby po paru dłuższych minutach.

- Chcesz wpaść do mnie pogadać? - Zaproponował, najprawdopodobniej chcąc dla mnie jak nalepiej, aczkolwiek spodziewałem się, że to zaproszenie ma pewnie drugie dno. - Pogadamy i pochillujemy w miłej atmosferze.

- Jestem teraz daleko. - Mruknąłem cicho, powoli wracając do normy. - Jestem w bogatej dzielnicy...

- Woow! - Krzyknął zszokowany, by zaraz kontynuować swoją wypowiedź. - Co do diaska tam robisz?! Jakieś zwiady? Samodzielne akcje?

- Nie... pracowałem u jednego szmaciarza. - Powiedziałem głośniejszym tonem ze złością sprawiając, że ładnie odziane kobiety, w drogich markowych cichach prędko zeszły z tej samej części chodnika, okazując zniesmaczenie na wymalowanych buziach. - Później opowiem ci tę historię bardziej szczegółowo... Zadzwonię, jak już będę na miejscu.

- Okej, czyli jesteśmy umówieni tak?

- Tak.

- Dobra, no to na razie i nie mazgaj się już więcej, bo może być tylko lepiej. - Zaśmiał się krótko, po czym ostatecznie się rozłączył.


Dalsza droga ciągnęła się w nieskończoność. Nim opuściłem tę piękną krainę, zdecydowałem się zahaczyć jeszcze o mały sklep na rogu ulicy, by kupić coś do jedzenia, gdyż miałem wrażenie, że mój żołądek zaraz zacznie trawić sam siebie.

Wziąłem dwie bułki oraz paczkę parówek z napisem classic. Wyrzuciłem folię do kosza, który znajdował się zaraz przy drzwiach na zewnątrz.

Robiąc dziurę w świeżym pieczywie wcisnąłem tam trochę mięsa, zyskując coś, co nazywałem kanapką idealną.

Pierwszy posiłek o tak późnej porze był naprawdę dobry, choć kiedy człowiek głodny, to wszystko mu przeważnie smakuje.

Zdołałem się nasycić choć trochę przed dalszą podróżą i nie wydałem na to wszystko za dużo, szukając najbardziej przystępnych cen. Ciągłe życie w biedzie uczy nas oszczędności i dbania o każdy grosz. Nabywasz te cechę, nawet jeśli z początku jej nie dostrzegasz to zwykle później rozumiesz, że gdyby nie to, to upadłbyś jeszcze niżej.

Docierając do granicy, którą stanowił las, mogłem wreszcie odpocząć od tych, którym przeszkadzałem, krążąc po obcym terytorium.

Powietrze tutaj miało swój specyficzny zapach, lecz był on całkiem przyjemny i orzeźwiający. Pachnące mchy i paprocie, a także i woń otaczających mnie drzew – kochałem energię tego miejsca.

Często na swojej drodze mogłem obserwować szare zające, kryjące się w bujnych krzewach lub ganiające się po drzewach rude wiewiórki.

Tylko raz przechodziłem akurat tą drogą i od tego czasu wiele się tu zmieniło.

Potężne dęby wznosiły się jeszcze wyżej ku niebu, a promienie słońca dodawały im uroku, mieniąc się między liśćmi. Ptaki cicho śpiewały, czy też rozmawiały między sobą, a sarny w oddali przechodziły wolnym krokiem szukając pożywienia.

Miałem dużo szczęścia, że nie trafiłem jeszcze na dzika, słysząc wiele pogłosek o tym, jak bardzo mogą być one niebezpieczne. Wolałem tego nie sprawdzać.

Pochyliłem się na chwilę, znajdując w ściółce magicznie wyglądające pióro.

Wyrazisty błękit przeplatany przez czarne paski – nie miałem wątpliwości, kto mógł zgubić tak barwne upierzenie.

Uznając to za znak dobrej passy, delikatnie schowałem swoje znalezisko do kieszeni spodni.

W domu miałem już trzy takie, lecz dalej nie natrafiłem na żadną sójkę. Bardzo płochliwe ptaki ciągle znajdowały się poza moim zasięgiem wzroku, ale nie poddawałem się tak łatwo, wierząc że któregoś dnia wreszcie się spotkamy.

Pozornie głupie, ale dla mnie byłby to jeden z lepszych dni tutaj, jeśli rzeczywiście by się udało.

Moje przyziemne pragnienia były naprawdę proste i nikt nie potrafił tego zrozumieć. Tłumaczyłem zwykle, że jeśli przystaniesz choćby na chwilę, wtedy będziesz w stanie spojrzeć na to miejsce moimi oczami. Duże molochy, miasta i dzielnicę przepełnione gwarem to tylko część egzystencjonowania, dlatego obiecałem sobie, że nigdy nie przestanę słyszeć pieśni lasu.

Dawało mi to swoiste przekonanie znaczące dla mnie bardzo wiele, sporą dawkę siły, by trwać i wiarę by działać – może dzięki temu wciąż żyłem...



Minęło półtorej godziny nim wydostałem się z zagajnika, stawiając nogę na betonowym, dobrze mi znanym kawałku ziemi.

Wyciągając telefon chciałem w pierwszej kolejności zadzwonić do Matysa, by poinformować go, że dotarłem cały i zdrowy. Chciałem powiedzieć mu, że zaraz u niego będę.

Przyłożyłem nokię do ucha i wsłuchiwałem się w puste sygnały.

- Hej! Czy to nie ten knypek, który nas podkablował psiarni?

Usłyszałem, gdzieś za sobą dziwnie znajomy głos, na dźwięk, którego aż się wzdrygnąłem. Automatycznie odwróciłem się w tamtą stronę, by prędko sprawdzić, czy przypadkiem nie mówią o mnie.

Ciemnowłosy, umięśniony chłopak wskazywał na mnie palcem, pytając się swojego kolegi i trącając go łokciem.

Wróciły do mnie moje stare niedokończone sprawy, czy też błędy z przeszłości.

''Zapomnijcie o tym, co mówiłem o byciu konfidentem, bo bliżej było mi teraz do mitomana... Zmieniłem się po tym, jak zaczęło mi to przysparzać zbyt wiele problemów...''

Nie czekając na rozwinięcie się sytuacji, czym prędzej wziąłem nogi za pas.

- Łap go! Spuścimy mu takie lanie, że już więcej gęby nie otworzy! - Krzyknął drugi, widząc moją gwałtowną reakcję.

Adrenalina zaczęła buzować w moich żyłach sprawiając, że nie czułem już nawet zmęczenia. Biegłem ile sił, ze świadomością tego, że jeśli tych dwóch dwu metrowych typków mnie złapie, to zgniotą mnie na miazgę.

''Jeśli mnie złapią, to będę martwy!''

Ich przewagą były stosunkowo dłuższe nogi od moich, dlatego ciągle siedzieli mi na ogonie.

''Sama ucieczka nie wystarczy!'' - Musiałem szybko myśleć, jednocześnie skupiając się na drodzę, by nie trafić na ślepy zaułek.

Postanowiłem zafundować im bieg z przeszkodami, wchodząc na cudzą posesję i przeskakując przez bramę z drugiej strony, z początku szarpiąc metalowymi szczeblami, by przekonać się, że wszystko pozamykane jest na kłódki.

Strategia ta naprawdę działała, aż sam byłem w szoku, kiedy ich luźne ubrania zahaczały się podczas przechodzenia przez ogrodzenie.

Wierzyłem, że może to ich zniechęci lub po prostu jakimś cudem uda mi się znaleźć tak dobrą kryjówkę, że nie będą w stanie mnie znaleźć.

Oglądałem się co jakiś czas, by sprawdzać ich obecną lokalizację, co również dawało mi przewagę, by nie zostać złapanym przy wylocie, z którejś uliczki.

Zeskoczyłem z wysoka i niespodziewanie przestraszyłem się osoby, która pojawiła się tuż obok. Nieprzeciętnej urody, niższa, rudowłosa dziewczyna była chyba tak samo zaskoczona moim widokiem. W końcu nieczęsto, ktoś ci spada tak po prostu z nieba i staje przed tobą.

Rozproszyła moją uwagę, bo przez kilka kolejnych sekund wpatrywałem się w nią jak w obrazek albo jakbym przynajmniej zobaczył jakiegoś ducha.

''Nie mam na to czasu teraz!'' - Pomyślałem, przecierając oczy i próbując przedostać się na drugą stronę kolejnej z barier naprzeciwko, jednocześnie nie mówiąc do niej ani jednego słowa.

''Za wysoko!'' - Przekląłem w duchu, próbując podskoczyć i odbijając się od ścianki wybić się na tyle mocno, by przejść. Sam widok musiał być naprawdę komiczny, bo wyglądałem bardziej jak dziecko usiłujące wydostać się z kojca.

Denerwując się, nie zauważyłem skrzynki, czy też kratki po piwie walającej się tuż przy moich nogach.

Korzystając z dostępnej opcji wreszcie poradziłem sobie i znalazłem się na czyimś podwórku, jednak to nie był całkiem udany przeskok. Narobiłem sporo hałasu, kiedy jedna noga została po zewnętrznej stronie, zaczepiając się na krótko o długie wystające drzazgi, w efekcie czego niekontrolowanie upadłem na twardą glebę.

Zegar tykał, a zagrożenie zbliżało się nieuchronnie. Bałem się, że kończy mi się czas.

- Proszę, pomóż mi! Powiedz im, że pobiegłem... gdzieś dalej... proszę! - Zawodziłem, kierując swoją prośbę do dziewczyny, mając resztki nadziei, że jeszcze tam stała.

Usiadłem w najgłębszym rogu tuż za gołębnikiem, przyciskając mocno trzęsące się nogi do klatki piersiowej.

'' To koniec... co jeśli jej tam nie ma.'' - Myślałem nasłuchując i nie wiedząc, dlaczego mi nie odpowiada. Dotykając obu kostek sprawdziłem, czy nie skręciłem sobie niczego podczas wykonywania tak skomplikowanych akrobacji.

Czułem również dziwne mrowienie oraz ciepło na prawej ręce niedaleko zgięcia, ale stwierdziłem, że musiałem tylko w coś uderzyć.

Jedno zmartwienie odeszło, kiedy okazało się, że nie odniosłem większych obrażeń, ale takie czekanie w niepewności zupełnie mnie wykańczało.

Wstrzymałem oddech, gdy odezwał się zachrypnięty głos, któregoś z osiłków.

- Gdzie on jest?! - Wrzasnął wściekle, dysząc głośno, po czym dodał. - Hej mała! Nie widziałaś tu, gdzieś uciekającego niziołka? - Powiedział z wyraźną kpiną w głosie, nie mając ani do mnie ani do niej szacunku.

''Więc jednak zostałaś? Czy to może już ktoś inny tam zawędrował... ''

Dziewczyna nie odezwała się słowem, więc pomyślałem, że mogła po prostu się ich przestraszyć. Wątpiłem w to, że jest skłonna mi pomóc, dlatego na wszelki wypadek trwałem w pozycji zapewniającej mi szybki start, gdybym miał nagle znów uciekać.

Prawda była taka, że nie musiała się mieszać w sprawę, która jej nie dotyczy – nie oczekiwałem wiele.

''Ale czy na serio, chcesz mieć mnie na sumieniu?''

Otworzyłem szerzej oczy, patrząc w górę, ponieważ po mojej stronie ogrodzenia, na drewnianym płocie były czyjeś grube paluchy.

Prędkim ruchem przyłożyłem dłoń do ust, by nie wydać przez przypadek choćby najmniejszego dźwięku. Prawie krzyknąłem z przerażenia, które wówczas mnie ogarniało, solidnie testując moje nerwy.

Nastała głucha i bardzo niepokojąca cisza, jakby ci dwaj się tam naradzali, albo co gorsza szykowali na mnie jakąś zasadzkę. Zwątpiłem w to, że siedzenie w jednym punkcie było świetnym pomysłem.

Serce dudniło mi tak mocno, że wyraźnie mogłem słyszeć ten szalenie szybki rytm.

Niespodziewanie rozległ się szum, który przypominał odgłos ścierających się butów o kamieniste podłoże – jakby mój problem postanowił się ode mnie oddalić i tym razem darować moje marne życie.

- Spokojnie, już sobie poszli. Jesteś bezpieczny. Nie musisz się niczym martwić. - Powiedziała cicho nieznajoma, uspokajając mnie tą wieścią znacznie.

Chciałem, czym prędzej podziękować jej za tak dzielną postawę i oczywiście za ratunek.

Okazało się wówczas, że oddałem mój skok wiary trochę bez sensu, gdyż furtka cały czas była uchylona, czego w nerwach nie zdołałem pojąć.

Wychyliłem się wolno, by upewnić się, że tamci dwaj naprawdę zniknęli.

Nie zauważając nigdzie na horyzoncie zagrożenia głęboko odetchnąłem.

- Wiesz... Bardzo ci dzię... - Przerwałem wpół zdania widząc, jak jasno czerwone krople krwi skapują z wilgotnego rękawu rozbijając się o ziemię. - ...kuje? - Dokończyłem nie wiedząc, co się dzieje.

Później znalazłem przyczynę, którą okazała się dziura w starej koszuli. Wkładając tam palce trafiłem na kawałek czegoś twardego, lekko się krzywiąc.

Spodziewając się drzazgi, nawet nie muszę mówić jakie było moje zdziwienie, kiedy wyjąłem z rany ostro zakończone szkło o pięciomilimetrowej średnicy.

Uchyliłem usta, pozostając dalej w głębokim szoku. Zrobiłem krok w tył, dotykając plecami drewnianego płotu, przez który miałem teraz tyle kłopotów i zsunąłem się po nim lądując w siadzie.

- Słabo mi... - Powiedziałem, krótko wypuszczając spomiędzy palcy odłamek. Mętny wzrok skierowałem na ziemię, będąc na cienkiej granicy, by zaraz nie odpłynąć.

''Co jeśli mam szkło w ranie... albo co gorsza w żyle...'' - Nie mogłem powstrzymać natrętnych obrzydzających mnie myśli, nie chcąc sprawdzić nawet jak to wygląda.


* * *
(Dziękuję za uwagę - to by było już wszystko :) 
Napiszcie, co sądzicie - ja się tak uśmiałem, jak to pisałem XDD szczególnie, kiedy myślałem nad rymującymi się obelgami :o
Ale się dzieje tera! 
Christ, który powinien trzymać się z daleka od łamania prawa powiedział swojemu znajomemu, że idzie z nimi na kolejne włamanie O-o jak widać niczego się nie nauczył na błędach z przeszłości XD
no cóż... 
Chyba, że ktoś go przed tym powstrzyma ? hmm 
Albo prędzej się wykrwawi :O 
Jeszcze wszystko przed nami :D Choć wreszcie nasi główni bohaterowie postanowili się spotkać :D 

Fragment, w którym Christ zeskakuje koło Nikki skojarzył mi się z piosenką: It's Raining Men XDD

Zaraz potem ci dwaj chłoptasie zrobili tak samo przechodząc przez ogrodzenie, więc to był naprawdę obfity w mężczyzn deszcz XD hahah XD
To stwierdzenie zaskoczyło i mnie XD chyba powinienem zostać komentatorem XD

Pozdrawiam
HimeDerHi



NASTĘPNY ROZDZIAŁ>

wtorek, 31 marca 2020

''JW'' - Rozdział 5 Christ



Rozdział 5



Christ



Leżałem nie ruchomo na plecach, gdy powoli zaczęła wracać do mnie świadomość. Słyszałem szum, który przerywały nie wyraźne słowa niosące się echem.

Mróżąc oczy wpatrywałem się w jasno szary sufit próbując przypomnieć sobie, co robiłem wczoraj, lecz ból głowy skutecznie uniemożliwiał mi skupienie jakichkolwiek myśli.

Ogarniał mnie wówczas dziwny stan, który przypominał mocnego kaca po dobrej imprezie – z tym, że nigdzie wczoraj nie byłem.

Światło wdzierało się przez cienkie brązowo-niebiebieskie zasłony nadając przyjemną atmosferę w środku.

''Pora wstawać.'' - Stwierdziłem, zrzucając z siebie kołdrę i przekręcając się na lewy bok w kierunku dwu drzwiowej, stojącej, bardzo wysokiej szafy z olchy. Drzwiczki były w połowie otwarte, a z wnętrza wychylały się wrzucone bez uprzedniego złożenia koszukli z długim rękawem.

- Ktoś czegoś tu szukał? - Wyszeptałem bardzo cicho analizując sytuację.

Postanowiłem zajrzeć tam by się upewnić, że nic nie zginęło. Szybko przekonałem się jednak, że bezsenownym posunięciem byłoby kraść odzież używaną. To był tylko bałagan, który sam zrobiłem nie sprzątając od conajmniej tygodnia.

Chwyciłem w ręce czyste ubrania, by czym prędzej się wykąpać, kiedy spostrzegłem, że od paru dni chodzę w tych samych ciuchach.

''Jezu... ten zapach mógłby zabić.'' - Westchnąłem ciężko, wkładając wolną rękę do kieszeni spodni.

''Nic!'' - Zmarszczyłem brwi nie znajdując tam tego, czego szukałem.

Nerwowo sprawdzałem wszystkie inne kieszenie, będąc przekonany w stu procentach o tym, że na pewno schowałem to w tych spodniach.

''Ten skurwiel zabrał moje fajki!''

Wkurzony chcicałem, czym prędzej go dorwać i postawić sprawę jasno by oddał mi moją własność, jednak zawroty głowy nie pozwalały mi na zbyt szybkie ruchy. Podpierając się o ścianę odczekałem chwilę zupełnie nie rozumiejąc, czemu czuję się tak jakbym wcale nie spał.

- Frajerze! - Zakrzyknąłem wychodząc z pokoju.

Przeszedłem przez przedpokuj i dotarłem do kuchni. Przekroczyłem próg i od razu dzień zrobił się lepszy.

Zobaczyłem przy stole ojca i matkę siedzących razem i uśmiechnąłem się lekko.

Zupełnie wyleciało mi z głowy, że dziś jest niedziela.

- Cześć. - Powiedziała uśmiechając się ciepło. - Szukasz czegoś?

- Cześć mamo, nie już nic. Mów lepiej co u ciebie słychać? - Wziąłem jedno z krzeseł dosiadając się do nich i odkładając swoje rzeczy na moment na bok.

- Niby było trochę zmian... - Zaczęła z dość smutną miną, którą starała się przed nami ukryć. Mogłbym uwierzyć jej, że jest dobrze, gdybym nie znał jej tak długo. Wiedziałem, że robi wszystko, aby tylko nas nie zmartwić. - ... zmiany w kadrze pracowników, zmniejszyli nam płacę, a w dodatku zmienił się główny prezes naszej firmy.

- Nie zwolnią cie prawda? - Wyrwałem się nagle podnosząc wzrok z podłogi na nią. - Jak mogę pomóc? - Zamilkłem na parę dłuższych sekund, by doznać nagłego olśnienia. - Wiem! Zaczne szukać pracy i wtedy będziesz mogła poszukać innej... lepszej. - Nakręciłem się, że to może się udać.

- Nie przejmuj się tym, nie powinni mnie zwolnić. - Odparła spokojnym tonem głosu, jakby była przekonana, że utrzyma dłużej tą posadę. - Wolałabym byś wrócił do szkoły... na szukanie pracy jeszcze przyjdzie czas.

- Nie ma mowy. Nie mam, po co tam wracać. - Pokręciłem głową od razu wiedząc, że nie ma takiej siły, która ściągnęła by mnie z powrotem do tego edukacyjnego więzienia, gdzie nie mogłem się z nikim dogadać.

Ojciec kończąc posiłek odstawił talerz na bok, podniósł się z siedzenia i rzekł krótko. - Wychodzę. - Sprzeciwu nie było, wszyscy wiedzieliśmy, gdzie idzie jednak nikt go nie zatrzymał.

Zepsuło mi to uczucie normalnej rodziny, które trwało dosłownie przez chwilę. Dawno nie widziałem ich razem, a on tak jakby nigdy nic po prostu wyszedł.

'' Znów coś źle zrobiłem? Czy to moja wina? Może przeze mnie tak się kłócą... w końcu nigdy mnie nie chcieli, byłem tylko głupią wpadką, która na dodatek i teraz nie jest nikim ważnym...'' - Zacisnąłem palce w pięści patrząc w drugą stronę.

- Christ, martwie się o ciebie. - Powiedziała głosem pełnym troski. - Podejdź tu na chwilę.

Złapałem za rękawy mojej za dużej czarno-czerwonej koszuli i miałem tylko nadzieje, że nie zobaczy moich poranionych rąk. Tylko przed nią wstydziłem się tego, co ze sobą robie, zadając sobie ból, bo nie daje sobie rady z tym wszystkim... z życiem.

- Czemu? Ze mną wszystko w porządku. - Zapewniłem wstając z krzesła i podchodząc bliżej.

- Przykro mi, że prawie się nie widujemy. - Wstała i delikatnie mnie przytuliła. - W moich oczach wyglądasz coraz bardziej mizernie... - Z każdym słowem smutek narastał. - Słyszałam o tym, co się wczoraj stało... - Raz za razem przyciskała mnie do siebie mocniej. - Może pora by ojciec znalazł sobie lepszą żonę i zapewnił ci lepszy byt. - Po jej policzkach zaczęły spływać strumienie łez. Przeczesywała moje włosy palcami.

''Jak mogła w ogóle tak pomyśleć...'' - Stałem oszołomiony czując, że zaraz i ja się rozpłaczę. Brzmiało to jakby chciała mnie zostawić, porzucić z tym alkoholikiem.

- Przestań! - Zebrałem w sobie dostatecznie dużo sił by krzyknąć. - Ja cie mamo kocham!

Patrząc na jej twarz całą we łzach serce zaciskało się do tego stopnia, że chcąc nie chcąc nie potrafiłem być silny w tej chwili.

Zapanowała długa cisza, a w tle wciąż słychać było cichnący już płacz.

- Dziękuje... dziękuje... - Powtarzała szepcząc.

''Chciałbym by była w końcu szczęśliwa, by przestała płakać po nocach...

Choć moim największym marzeniem było mieć rodzinę, taką prawdziwą i zwyczajną... Wspólnie siadać do stołu przy obiedzie i wyjeżdżać w odległe miejsca na wakację... lecz było to tylko głupie marzenie, w które już dawno przestałem wierzyć.''

Dźwięk dzwoniącego telefonu przerwał nagle tą wzruszającą chwilę. Hałaśliwy dzwonek wydobywał się zza drzwi mojego pokoju.

- Nie zajmuje ci już więcej czasu. - Puściła mnie, po chwili uśmiechając się szczerze. Chyba po prostu musiała się komuś wygadać, w końcu przez cały tydzień tłumiła w sobie ten cały żal i smutek. - Idź, a ja zajmę się sprzątaniem.

Skinąłem głową idąc do siebie. Przerzuciłem rzeczy z jednej sterty na drugą szukając zagrzebanego, gdzieś tutaj telefonu. Koniec końców okazało się, że leżał pod poduszką i tylko nie potrzebnie zrobiłem jeszcze większy bałagan.

Czarna mała poręczna Nokia czekała z połączeniem.

Na ekranie zawidniał mi numer, którego dawno nie widziałem.

- Halo? - Odebrałem zdziwiony.

- Słuchaj, mam dla ciebie oferte. Byłem zapytać Harrego, czy propozycja pracy u tamtego gościa dalej aktualna. Wiem, że dawno nie dostałeś kieszonkowego, dlatego może jesteś zainteresowany? Żeby sobie dorobić?

- Jaki masz w tym interes? - Zapytałem nie wierząc, że proponował by mi zarobek bez korzyści dla siebie.

- Powiedziałeś, że chcesz znaleźć pracę. Więc zrób z tym, co tylko chcesz. Masz jego numer w wiadomości. Chciałem tylko pomóc...

Nie odpowiedziałem głośno wzdychając do słuchawki.

- Może chociaż usłysze jakieś dziękuje? - Usłyszałem nim postanowiłem się rozłączyć. Nie miałem ochoty z nim rozmawiać, jednak sama wieść, że nie poszedł do kochanki tylko do przyjaciela napawała mnie lepszą energią.

Miałem nadzieję, że on jeszcze może się zmienić, ale nie dawałem na to nie wiadomo jak wielkich szans.

Siedząc na skraju łóżka jeszcze długo gapiłem się w telefon myśląc, o tym co powinienem zrobić. Trafiła mi się szansa, której w głębi duszy nie chciałem przegapić. Okropnie bałem się zadzwonić do tego gościa nie chcąc usłyszeć, że propozycja jest nie aktualna mimo zapewnień mojego staruszka.

Stanąłem przed okropnym dylematem, bo chciałem wreszcie spędzić trochę czasu ze swoją mamą, a z drugiej strony pragnienie własnych pieniędzy było zbyt silne.

''Jestem okropny...'' - Skarciłem się w myślach zaciskając usta w cienką linie.

Wcisnąłem małą białą koperte na ekranie i zawiesiłem palec nad podświetlającym się na niebiesko numerem.

''Nie mogę!'' - Odwróciłem wzrok patrząc przez uchylone drzwi, za którymi widziałem jak zmęczona życiem kobieta sprząta butelki po wódce z podłogi.

Zablokowałem komórkę odkładając ją na bok. Wstając zabrałem czyste ciuchy, z którymi już tak wędrowałem od rana i oznajmiłem głośno.

- Idę się kąpać. Chcesz wejść jeszcze po coś do łazienki?

- Nie, nie. - Odparła wrzucając śmieci do przezroczystego czarnego wora. - Mam wszystko pod ręką.

- Dobrze. - Mruknąłem przechodząc do łazienki.

Zamknąłem drzwi za sobą na cztery spusty górnym i dolnym zamkiem, nie zastanawiając się nawet po co nam tyle zabezpieczeń tutaj.

Wolno zacząłem zdejmować z siebie koszulę, zasłaniając przy tym oczy jedną ręką, a wszystko po to by nie spojrzeć w lustro. Następne były spodnie, których bardzo szybko pozbyłem się ze swojego tyłka. Razem z majtkami wszystko trafiło do pralki.

Połowa mojego ciała zaczynająca się od pasa w zwyż wyglądała... sam nawet nie miałem odpowiedniego określenia na to by dobrze to opisać. Blizny po obu stronach rąk, krzyżujące się z jeszcze świerzymi ranami wykonanymi nożem po ciemku. Klatka piersiowa też nie była wcale tak czysta, podobnie jak plecy i brzuch. Tygrysie paski, które kochałem zarazem ich nienawidząc. Poruszając się czułem każdą najdrobniejszą rysę, co było dość irytujące, a zarazem tak podniecające.

Nalałem letniej wody do wanny i nie czekając wszedłem do środka.

Usiadłem najwolniej jak tylko potrafiłem. Uszkodzona skóra reagowała bardzo źle, z każdym cieplejszym płynem.

Odchyliłem lekko głowe do tyłu, a przez zaciśnięte zęby wydobyło się ciche syknięcie. Przesunąłem się kawałek do przodu, po czym łapiąc za boczne krawędzie wanny zacząłem odchylać się do tyłu. Nie minęła chwila, a ja już leżałem. Wody było tak dużo, że spokojnie mogłem zanurkować pod jej taflą.

Wstrzymując oddech zanurzyłem się cały. Obraz z tej perspektywy wyglądał całkiem interesująco. Bomble uciekały z moich ust jeden po drugim kierując się ku górze, pękając przy zderzeniu z powierzchnią. Było ich coraz mniej, aż w końcu skończyło się powietrze.

'' Raz... dwa... trzy... cztery... '' - Liczyłem w myślach, aż w końcu ciemne punkciki weszły mi na oczy. Dziwne uczucie zmusiło mnie do wynurzenia się. Tak też postąpiłem siadając.

Pierwszy oddech był głęboki i szybki, a za nim kilka podobnych.

'' Byłem tak blisko... '' - Przeszła mnie krótka myśl.

'' Ale blisko czego? '' - Położyłem obie dłonie na twarzy.

'' Jestem idiotą. '' - Westchnąłem głęboko chwilę zostając w tej pozycji.

Wstałem dopiero, gdy stwierdziłem, że już wszystko ze mną wporządku.

Recznik leżał nie daleko, więc chwytając go wytarłem się porządnie. Podniosłem ciuchy z ziemi i ubrałem się zostawiając na sam koniec suszenie włosów.

Kilkukrotnie przecierając kudły zorientowałem się, że są prawie suche.

- Mamo. - Zacząłem nie pewnie wchodząc do przedpokoju. - Będziesz zła jak wyjdę do Matysa?

- Hmm.. nie, dlaczego miałabym być zła? Odbierz tylko jak będę dzwoniła i nie wracaj za późno.

- Okej. - Odpowiedziałem zakładając buty. - Nie przemęczaj się zbytnio, jak wrócę to ci pomogę. - Dodałem na odchodne, po czym wyszedłem z domu.

Wciąż się wahałem i targało mną ogromne poczucie winy, bo byłem perfidnym kłamcą nawet w stosunku do bliskich mi osób.

Opuszczając klatkę schodową skontaktowałem się jeszcze z moim łysym koleszką prosząc, go o to by nie pokazywał się dziś w mojej okolicy. Mój plan był idealny, oczywiście zgodził się mnie kryć mówiąc jedynie, że będe wisiał mu przysługę.

Odszedłem jeszcze spory kawałek od kamienicy, w której mieszkałem by mieć pewność, że nikt mnie nie usłyszy.

Stanąłem pod równoległym blokiem za rogiem i po raz kolejny wcisnąłem kopertę zawierającą SMS'y.

''Po prostu to zrób! A kiedy skończysz to zaskoczysz ją prezentem... '' - Usprawiedliwiałem swoje postępowanie wmawiając sobie, że robie to właśnie dla niej.

Kliknąłem na numer cały przy tym drżąc, jakbym wiedział, że będzie to miało jakieś swoje skutki uboczne.

Serce dudniło jakby miło wypaść przez żebra, kiedy w uszach dźwięczał mi sygnał połączenia.

Nikt nie odbierał i już miała odpowiedzieć mi miła pani sekretarka.

'' Ej! Czekaj... skąd ja mam środki na koncie?'' - Przeszła mnie myśl, kiedy niespodziewanie usłyszałem prawdziwie męski głos w słuchawce.

- Słycham?

- ... - Przestraszony nie mogłem wydusić z siebie nawet słowa.

- Słucham?! - Powtórzył głośniej nie znajomy.

- Przepraszam... - Powiedziałem krótko orientując się, że to pojedyncze słowo zabrzmiało naprawdę głupio z towarzyszącą mu przerwą ciszy. Musiałem powiedzieć szybko coś więcej. - Ja dzwonie w sprawie pracy...

- Aaa... już myślałem, że ktoś robi sobie jakieś głupie żarty. - Zaśmiał się donośnie, po czym dodał. - Więc ile masz lat dzieciaku? I skąd w ogóle wiesz o tym ogłoszeniu?

- Siedemnaście. - Powiedziałem nie wiedząc, czy przyjmie kogoś kto nie jest jeszcze pełnoletni. - Dowiedziałem się od starszego kolegi...

- Czemu więc dzieciak w twoim wieku nie uczy się do szkoły? - Zapytał najwyraźniej chcąc wyczuć całą sytuację.

- Nie chodzę do szkoły. - Mruknąłem bardzo cicho.

- Niech zgadne, jesteś ze strefy B lub C?

- Czym jest ten dziwny podział? - Odpowiedziałem kompletnie nie rozumiejąc, o czym mówi.

- Ah. Wybacz tylko cie sprawdzałem. My tutaj w bogatej dzielnicy używamy takich określeń na pozostałą część okolicy. Chodziło mi o to, że nie jesteś jednym z nas, prawda?

- Prawda. - Zgodziłem się z nim, czekając na jakąś decyzję.

- Dobrze. - Rzucił luźno, by za moment kontynuować. - Opisz więc, gdzie mieszkasz to podstawie po ciebie swojego kierowce.

Zastanawiałem się dłuższą chwilę, bo brzmiało to conajmniej podejrzanie.

''Chyba nie chce mnie wykorzystać... '' - Przez głowę przeszła bardzo niepokojąca myśl. - ''Nie bój się... w razie czego uciekniesz...'' - Motywowałem sam siebie.

- Więc? - Mężczyzna zdawał sie niecierpliwić, a ja wolałem nie wiedzieć jakie obowiązki mi powierzy.

- Mieszkam przy północnej granicy z lasem.

- Świetnie. Podejdź do tej granicy i poczekaj tam na żółtego-czarnego mustanga. Z pewnością go zauważysz.

- Dobrze...

Rozmowa dobiegła końca, a ja czułem się z lekka zmieszany idąc w wyznaczone miejsce.

Miałem pewne obawy, że tak naprawdę nikt się nie pojawi i sam właściciel tak luksusowego samochodu będzie śmiał się ze mnie do rozpuku w swoim wygodnym fotelu.

Minęło pierwsze dziesięć minut, lecz wiedziałem, że przemieszczenie się z tamtej strony tutaj zajmie z dobre pół godziny.

Telefon zawibrował w mojej dłoni, przez co prawie bym go upuścił.

Dostałem krótką wiadomość, o następującej treści:

''Obyś był czysty''

Zastanawiałem się, co też może to oznaczać. Wszystko kojarzyło mi się tylko z jednym, ale nie wpadałem jeszcze w niepotrzebną panikę.

''Czy ojciec byłby zdolny sprzedać moje ciało?''

''To nie może być to, o czym myślę! To na pewno nie jest seksualna propozycja...''

Mocno zaciskałem palce w pięści czekając w niepewności.



* * *



Tkwiąc nie ruchomo w jednym punkcie obserwowałem swoje otoczenie. Wolałem by nikt nie widział mnie, jak wsiadam do tego auta, bo ludzie stąd mogli by źle to odebrać. Zwiastowało by to wiele problemów i przemocy względem całej mojej rodziny.

''Co ja najlepszego zrobiłem... ''

''Po co tu przylazłem!''

Strach stawał się nie do zniesienia, kiedy nagle kątem oka spostrzegłem opisany przez tego faceta żółty samochód.

Uchyliłem usta ze zdziwienia, nigdy w życiu nie widząc niczego piękniejszego.

Prędko pobiegłem do stojącego w miejscu mustanga, by czym prędzej znaleźć się w środku, nie chcąc przykuwać jeszcze więcej nie potrzebnej uwagi.

Boczna przyciemniana szyba zsunęła się do połowy, nie ujawniając tożsamości kierowcy.

- To ty? - Mruknął męski głos, który różnił się barwą od tego słyszanego w słuchawce telefonu.

- Tak. - Odparłem instynktownie, bez zastanowienia pochylając głowę by znajomi z osiedla nie mogli mnie rozpoznać.

- Zapraszam więc do środka. Usiądź tam, gdzie leżą ręczniki. - Powiedział chłodno nawet nie odwracając głowy w moją stronę.

Zrobiłem jak kazał i chwilę później siedziałem już wewnątrz tej potężnej machiny.

Silnik zawarczał, niczym tygrys, jednocześnie wydobywając stłumiony nie przesadnie głośny odgłos.

Zacząłem swoją podróż mając mocne poczucie, że nie wrócę z tego w jednym kawałku.

Nie pomyślałem nawet wcześniej o tym, że mogłem paść ofiarą jakiegoś przestępstwa i możliwe było, by mój pracodawca sprzedawał organy osób z biedniejszych okolic, bo policja i tak by ich nie szukała.

Wzdrygnąłem się na tak paskudną myśl, która byłaby najgorszym ze scenariuszy, choć mogłem po prostu trochę przesadać z osądzaniem tej osoby.

Unosząc wzrok rzuciłem okiem na lekko bujającą się małą fioletową choinkę zawieszoną na wstecznym lusterku z przodu, w którym widziałem także siebie. Oddychając czułem przyjemny zapach świeżości, czy też lawendy.

Chciałem jakoś zagadać do pana siedzącego przede mną, ale ten wciąż milczał, jakby nie płacili mu za rozmowy z przypadkowymi pasażerami.

Atmosfera była raczej ciężkostrawna, ale nie mogłem nic na to poradzić mając tak kiepskie podstarzałe towarzystwo.

Nudziłem się póki nie wyjechaliśmy z lasu, który dobrze znałem. Moją uwagę przykuły dopiero nieskazitelne budowle po drugiej stronie jeziora – w tej ''bogatej strefie''.

Wszystkie domy, były tu naprawdę ogromne zapierając dech w piersiach, jakbym znalazł się w zupełnie innej rzeczywistości.

Przyklejając się do szyby nie mogłem w to uwierzyć, jednocześnie czując ogromną szarpiącą moimi emocjami zazdrość, kiedy spoglądałem na rodziny jak z obrazka spędzające razem czas na dworze.

Zastanawiałem się, dlaczego tylko ja utknąłem w tak okrutnym świecie.

''To nie sprawiedliwe...'' - Musiałem zaprzestać prowadzenia obserwacji ze względu na własne bezpieczeństwo, ale nie dlatego, że ktoś mógł mnie zobaczyć, bo to było nie możliwe biorąc pod uwagę przyciemniane szyby oddzielające mnie od tej wyidealizowanej przestrzeni. Poczucie niższości sprawiało, że zapragnąłem jakoś sobie ulżyć, jednak nie mogłem zrobić tego tutaj w samochodzie, bo z pewnością zostałbym wyrzucony. Nie widuje się takich rzeczy na codzień i jest to z lekka nienormalne, by ktoś świadomie robił sobie krzywdę.

Zaciskając zęby chciałem zmienić kierunek własnych myśli, wtedy z rytmu tych skrajności wybił mnie nie zbyt przyjaźnie brzmiący głos.

- To tutaj.

Słysząc tę wspaniałą wieść, że już jesteśmy, nie czekając na żadne specjalne zaproszenie, podniosłem się energicznie z fotela. Wysokczyłem z auta dziękując temu gburowi za podwózkę, by zostać chociaż dobrze zapamiętanym.

Odwracając się od niego zamarłem przez chwilę w totalnym bezruchu widząc ogromną działkę, na której mieścił się luksusowy dom jednorodzinny. Ścieżka od samych drzwi aż do elektrycznej bramy wjazdowej wyłożona była oliwkową kostką brukową. W kilku miejscach znajdowały się ruchome kamery, brakowało jedynie jakiegoś groźnego psa obronnego, a byłoby prawie jak w filmie.

Podwórze było częściowo zalesione dostojnymi brzózkami oraz innymi iglastymi drzewami. Centralną cześć stanowił jednak sam ogród wypełniony po brzegi: tulipanami, hiacyntami, krokusami i żonkilami. Kwiaty posadzone były wokół białej drewnianej altany stojącej po środku.

Nie pewnie zadzwoniłem dzwonkiem zawieszonym przy furtce, widząc od razu jak ktoś wychodzi z podwójnie dzielonego garażu, który pomieścić by mógł conajmniej dwa samochody i kilka innych mniejszych środków transportu.

Przełknąłem głośno ślinę przyglądając się uważnie mężczyźnie, który wyglądem przypominał prezesa jakiejś firmy.

Podszedł do mnie odziany w granatowy dobrze dopasowany garnitur, nawet jego fryzura była bez skazy – nie wyglądał na zwykłego człowieka, a bardiej na kogoś z wyższych sfer. Jasno brązowe włosy zaczesane były do tyłu trzymając się najprawdopodobniej na lakierze, a jego twarz pozbawiona była jakiejkolwiek emocji.







* * *



(Dziękuję za przeczytanie :3 to by było już wszystko na ten moment :D Mordowałem ten fragment przez trzy dni - mam nadzieję, że wyszedł chociaż przyzwoicie :>

~ jak myślicie, jaka to może być praca?

~ Co sami byście zrobili w takiej sytuacji, chcąc zarobić?

~ Czy wsiedlibyście do mustanga? xD Z kompletnie obcym starym dziadem? XDDD

~ Czy było coś, co was poruszyło w tym rozdziale? :o



Rozdzieliłem ten rozdział na dwie części, więc wszystkie odpowiedzi odnośnie robocizny Christ'a znajdziecie niebawem w uzupełniającym fragmencie ;)

Pozdrawiam

HimeDerHi


<POPRZEDNI ROZDZIAŁ